poniedziałek, 3 stycznia 2011

Kącik złośliwości: 3D.

Do napisania tej notki zainspirowała mnie reklama 3D Sony, którą widziałem wczoraj przed seansem filmu "Tron: Dziedzictwo" (o którym też nie omieszkam szerzej wspomnieć). Otóż przed wyświetleniem owej reklamy zostałem poinformowany przez stosowny napis bym założył gogle 3D i delektował się uczuciem bycia "tam". Po kilku sekundach coś przestało mi pasować i chcąc się upewnić rzuciłem moim uzbrojonym w podwójne okulary okiem



Tak mniej-więcej wyglądam jak założę okulary na okulary.










na Patrycję, która już zdjęła swoje okulary i z kpiącym uśmiechem dalej zaczęła oglądać reklamę która jak się okazało była w 2D. W moim subiektywnym odczuciu filmy w 3D są jak ta reklama - oszukane.

Zacznijmy od tego, że ogromny ogrom filmów wyświetlanych w trójwymiarze tak naprawdę nie jest trójwymiarowy. Kręcone są tradycyjnymi metodami i dopiero podczas post-produkcji przetwarzane są na trzeci wymiar. No bo kurcze po co wydawać pieniądze na drogi sprzęt do kręcenia filmów skoro można zatrudnić przygarbionych facetów z ich laptopami, którzy za połowę tej ceny sztucznie dodadzą 3D? A wiecie co jest jeszcze gorszego? Sceny kręcone absolutnie tylko po to by pokazać "uuu jakie to wspaniałe jest to 3D". To nic, że przez większość filmu trójwymiarowe są tylko jakieś krzaczki i listki - to mało istotne bo właśnie w naszą stronę wyciąga rękę wokalista Linkin Park i och! jaki on jest ślicznie trójwymiarowy!



Zabierzcie mnie z tego filmu!!











Inną rzeczą, która sprawia że mam ochotę poddać średniowiecznej lobotomii (instrukcja tutaj) ludzi odpowiedzialnych za popularyzację 3D jest fakt, że wciskają nam na siłę coś czego tak naprawdę nie możemy użyć. Gdy będąc w fazie zauroczenia trzecim wymiarem podszedłem do przecudowniastego telewizora ("ma procesor który sam ustala co ma być 3D wow!") by zapytać o jego cenę usłyszałem w odpowiedzi magiczną liczbę: 6600zł. Nie zrażony ceną pytam ile jest okularów w zestawie. "Nie ma żadnych" - usłyszałem od miłego pana sprzedawcy (który się przy tym uśmiechnął z zakłopotaniem), a ja następnie z drżącym sercem zapytałem o cenę jednej pary. Odpowiedź mnie powaliła: 700zł. (teraz to już na szczęście trochę staniało.. akurat do takiej ceny by ciągle pozostać poza zasięgiem statystycznego Polaka) No ale powiedzmy, że kupiliśmy sobie ten cudny sprzęt i chcemy obejrzeć jakiś dobry film. Okazuje się że ich jest tyle, że ślepy rzeźnik zliczyłby to na palcach jednej ręki. Na szczęście na ratunek przychodzą animacje, z tym że po tygodniu widziało się już wszystkie. No a co z telewizją? Nie rozśmieszajcie mnie... W Polsce nie ma w tej chwili żadnego kanału w 3D.



No i po co to kupowałem?!















Dobra.. podejrzewam, że w tym momencie część z was się piekli że nie wspomniałem o "Awatarze". Cóż.. zrobiłem to specjalnie bowiem "Awatar" jest jednym z dwóch filmów, które przełamują wyżej wymienione argumenty. 3D nie jest w nim oszukane, został nakręcony od razu w tej technologii (ba.. nawet kamery filmujące w trzecim wymiarze wynaleźli na jego potrzeby) i, najważniejsze, trójwymiar jest w nim tylko środkiem przekazu a nie głównym wabikiem na zmęczonych życiem widzów, którzy chcą tylko popatrzeć na ładne ruchome obrazki.

Tym drugim filmem jest właśnie "Tron: Dziedzictwo". Pomijam zaskakującą jak na produkcję Disneya dorosłość przesłania i odrobinę zbyt prostą fabułę - w tym filmie najważniejsze są efekty specjalne. A te są świetne! Wizja Sieci (świata w cyberprzestrzeni zaludnionego przez różne programy) jest genialna i zarazem bardzo plastyczna. Piękna stylistyka urzeka już od samych napisów początkowych gdy pojawia się logo Disneya a gdy to wszystko poprzemy muzyką robioną przez Daft Punk otrzymujemy mocno satysfakcjonujący spektakl. A jak w tym filmie prezentują się efekty 3D? Poza odrobinę zbyt ciemnym obrazem (czego się w sumie spodziewać po przyciemnianych okularach?) idealnie wpasowują się w przedstawiony świat. Nie straszą nadmierną nachalnością, nie wymuszają żadnych scen i tak naprawdę są częścią opowieści: tylko sceny dziejące się wewnątrz cyberprzestrzeni są trójwymiarowe, reszta natomiast jest prezentowana w 2D. To jest tak genialne rozwiązanie, że aż twórcy musieli umieścić na początku filmu stosowny tekst by widzowie nie zastanawiali się czy im przypadkiem okulary nie szwankują.



Jest też nowy kinowy madafaka: Rinzler.

















Zatem podsumowując: "Tron: Dziedzictwo" jest filmem bardzo wartym obejrzenia (na osobne pochwały zasługują Michael Sheen za postać Castora i Jeff Bridges za jego podwójną rolę) pod warunkiem, że nie spodziewacie się odkrywczej fabuły tylko fantastycznych efektów. A co do 3D... panowie producenci przestańcie nam na siłę wciskać byle szajs z magicznym znakiem 3D! Trzeci wymiar nie musi być zły ale to jak jest obecnie wykorzystywany woła o pomstę to braci Lumiere! A sukcesu "Awatara" i tak nie powtórzycie!

PS. Jeśli tak będzie wyglądało Toy Story 4 to ja w to wchodzę!

niedziela, 26 grudnia 2010

Subiektywne podsumowanie roku.

Nadchodzi powoli koniec roku a wraz z nim pora podsumowań. Z tego też względu chciałem wam przedstawić moją wściekle subiektywną (tytuł zobowiązuje nie?) listę najważniejszych wydarzeń... popkultury. Bądźmy szczerzy: gdybym miał pisać też o polityce to każda kategoria by miała coś wspólnego ze Smoleńskiem. Dlatego też postanowiłem wymyślić jedną jedyną kategorię pod którą zmieściłoby się wszystko co dotyczy tego wypadku (podkreślam jeszcze raz: wypadku!).

NAJWIĘKSZY MOMENT WTF w 2010?!
Smoleńsk.

Mając to za sobą chciałbym przejść do rzeczy bardziej mnie interesujących. Zaczniemy od gier komputerowych, które wespół z komiksami toczą coraz bardziej zażartą walkę o to by zostały uznane za coś więcej niż typową rozrywkę dla pryszczatych nastolatków. Dlatego w tej kategorii chciałbym nagrodzić grę która dla całej branży robi to co "Sandman" robi dla branży komiksów:

NAJLEPSZA GRA 2010
Alan Wake. Za dojrzałą fabułę, za fantastycznie napisany scenariusz, wciągającą rozgrywkę (podpartą genialnym pomysłem z latarką), nawiązania do geniuszów gatunku i za trzymającą w napięciu i wywołującą dreszcze atmosferę. W skrócie ten thriller psychologiczny opowiada o pisarzu zmagającym się z niemocą twórczą. Gdy wyjeżdża na urlop jego żona zostaje porwana a on sam budzi się tydzień później z kompletnym zanikiem pamięci i gotowym rękopisem jego nowej książki. Jak wielkie jest jego (i nasze!) zdziwienie gdy to co znajduje się na kartach jego nowego dzieła zaczyna się spełniać. Trzeba tu zaznaczyć, że nie napisał wcale romansu.. tylko horror. Najważniejszym plusem jest, że w przeciwieństwie do innych horrorów ten nie straszy nas standardowym "patrzy za plecy - nic.. patrzy przed siebie - buuu!"



Tak "Lustra", o tobie mówię.

















, tylko działa przez niedopowiedzenia. Ale wiecie co jest smutne?

NAJBARDZIEJ NIEDOCENIONA GRA 2010
Alan Wake. No właśnie. Co tu dużo gadać.. Alan przegrał z własnymi wydawcami, którzy po pięciu latach produkcji postanowili wydać ją w tym samym okresie co inny wielki hit tego roku "Red Dead Redemption". Szkoda.

Teraz już bez żadnych wstępów zapraszam do dalszej lektury:

NAJWAŻNIEJSZE SŁOWO 2010
Wuwuzela. Muszę przyznać, że wuwuzela wygrała w tej kategorii o rzut beretem z dwoma innymi okropnie popularnymi słówkami: eyjafjallajokull (lodowiec w Islandii znany też jako: "nie no kurdę nie wymówię tego") i forfiter, który chyba zrobił największą karierę z tych które wymieniłem: dość powiedzieć, że pojawił się w Dzień Dobry TVN, w Planecie FM, Teleekspresie, Rzeczpospolitej czy nawet na Discovery, gdzie lektor zrobił sobie z nim kawał (LINK). Dlaczego więc wygrała wuwuzela? Przez Władcę Pierścieni i mój sentyment do niego.

NAJLEPSZA KSIĄŻKA 2010

Cóż tutaj raczej bez niespodzianek wygrywa David Benioff z jego "Miastem Złodziei". Wspaniale napisana, ze wciągającą fabułą, świetnymi dialogami i genialnie rozpisanymi postaciami. Na uwagę szczególnie zasługuje tutaj niejaki Kola, będący mieszanką Hana Solo, Indiany Jonesa z rosyjskim zawadiaką - po prostu najlepiej napisana postać z jaką miałem do czynienia od lat! A fabuła? Cóż.. mamy oblężony podczas drugiej wojny światowej Leningrad i naszych bohaterów: Lwa i Kolę, którzy przez armię radziecką wysłani zostali z tajną misją.. znalezienia 12 jajek na tort. Nie dajcie się jednak zwieść prostocie tego opisu! To świetna książka napisana bez zbędnej pompy i patosu. Gorąco polecam!

NAJLEPSZA REKLAMA 2010
Google. Po obejrzeniu tego filmiku postanowiłem stworzyć tą kategorię. Wiem, że pełno jest reklam śmiesznych i generalnie rozrywkowych. Ale ta jest taka.. no nie wiem.. urocza? Na pewno jest oparta na fajnym pomyśle i zrobiona z wyczuciem. I kto powiedział, że mega korporacje są bezduszne?

Dla ludzi, którym nie zaimponowała reklama Google polecam tą: "Write the Future"

NAJLEPSZY SERIAL 2010
Pacyfik. W tej kategorii miała miejsce zażarta walka między Pacyfikiem a Walking Dead. Uzasadnianie decyzji zacznę od tego drugiego. Zombie są na fali tego nie da się ukryć i w filmach/grach/książkach/serialach z ich udziałem ciężko wymyślić coś świeżego (gra słów zamierzona) i odkrywczego. Ale Walking Dead się to udało i to głównie przez to, że będąc serialem o zombie tak naprawdę skupił się na ludziach. Ale dlaczego przegrało z Pacyfikiem? To chyba jedyny taki naprawdę dorosły serial w telewizji i mówię to mając na uwadze produkcje takie jak "Dexter". Jest strasznie brutalny ale w taki.. nienachalny sposób i człowiek czuje, że jest ona nieodłącznym elementem opowieści a nie wabikiem na widzów. Słyszałem opinie, że Pacyfik jest gorszy niż Kompania Braci ale ja twierdzę, że to są dwa zupełnie inne seriale o zupełnie innym charakterze i nie należy ich porównywać. Na pocieszenie dodam, że Walking Dead wygrywa w innej kategorii:

NAJWIĘKSZY MOMENT "O MÓJ BOŻE ZARAZ ZWYMIOTUJĘ" 2010
Scena przebierania się za zombie. Nic więcej nie powiem bo każde słowo przywołuje ten obraz z pamięci.



To nie są szelki.












NAJLEPSZA SCENA WALKI 2010
W tej kategorii króluje Kick-Ass tylko że nie mogę się zdecydować która ze scen walki jest fajniejsza: ta w której Hit-girl masakruje bandę ćpunów, czy ta w której Hit-girl masakruje bandę mafiozów? Czy jest coś fajniejszego od 11latki strzelającej, dźgającej i szlachtującej bandziorów? Otóż jest! Dlatego w tej kategorii wygrywa scena walki w korytarzu w Incepcji. Jeśli jakaś scena zmusza mnie do powiedzenia "ożeż ja pierdzielę" za każdym razem jak ją widzę (a widziałem ją już 5 razy normalnie plus te 6 które poświęciłem przygotowując tą kategorię) to coś znaczy nie? Ogromny plus za absolutny brak efektów specjalnych!

NAJLEPSZY FILM 2010
O rany to jest najcięższa kategoria.. dlatego wyrzuciłem z niej animacje i dałem im osobną kategorię. Ale to i tak pozostawia mi trzy okropnie różne filmy, które zwaliły mnie w tym roku z nóg. Nie pozostaje mi więc nic innego jak przyznać im tą nagrodę ex equo i dodać po dwa zdania wyjaśnienia przy każdym. Zaczynamy od Incepcji: za nowatorski pomysł (kurna w mediach wszyscy byli w szoku, gdy ten nieoparty na żadnej znanej licencji film tyle zarobił), osiągnięcie wyżyn wizualnych praktycznie bez wykorzystania efektów specjalnych i za scenę walki w korytarzu. Drugi film to "Kick-ass" za to, że jest taki.. dobra w kontekście tego filmu muszę użyć tego słowa: zajebisty. Najlepszy film nakręcony na podstawie komiksu (do czasu oczywiście kiedy wypuszczą film "Sandman"). Ostatni film to "Social Network" za to, że z dwugodzinnego spektaklu gadających o komputerach głów reżyser zrobił wciągające widowisko. No i ta ścieżka dźwiękowa!

NAJLEPSZA ANIMACJA 2010
Tutaj też było ciężko. Zazwyczaj to Pixar zgarnia tego typu nagrody ale tym razem muszę przyznać palmę pierwszeństwa Dreamworksowi za jego "Jak wytresować smoka". Nie wiem dlaczego ten film tak do mnie trafił ale muszę przyznać, że mnie totalnie urzekł. Prawdopodobnie to zasługa "Szczerbatka", który mając wygląd Stitcha zachowuje się jak połączenie konia, psa i sfochowanego nastolatka. Nie zrozumcie mnie źle.. Toy Story 3 z Pixara też jest bardzo dobrym filmem, tyle tylko że jest przepełniony melancholią i nostalgią i głównie przez to przegrał z "Jak wytresować smoka".

NAJWAŻNIEJSZY ZGON... O KTÓRYM NIKT NIE SŁYSZAŁ
Irvin Kershner. Człowiek, który dał światu najlepszy film Sci-fi: "Gwiezdne Wojny V: Imperium Kontratakuje" zmarł 27 listopada 2010.

Tym smutnym akcentem chciałbym zakończyć tą listę. Jeśli ktoś ma jakieś sugestie lub nie zgadza się z jakąś pozycją na liście zapraszam do dyskusji.

środa, 22 grudnia 2010

Chęć latania to rzecz ludzka, chęć do unoszenia się w powietrzu to rzecz boska.

Na początek mała instrukcja obsługi:

1. Wchodzicie tutaj: LINK
2. Czytacie dalej posta.
3. W razie gdyby nagranie się skończyło wróć do pkt. 1.

Teraz gdy udało mi się zbudować odpowiedni klimat chciałbym pogadać o czymś co mnie od zawsze (czyli od jakichś 3 tygodni) pociąga. Pierwszy z nich powstał ponoć w Chinach już 400 lat przed Chrystusem; następnie próby zbudowania go podjął się między innymi Leonardo da Vinci (który zbudował też: czołg, karabin maszynowy na kółkach, samochód, czy łódź podwodną). Ale dopiero niejakiemu panu Sikorsky'emu udało się dopracować do perfekcji budowę tego pojazdu, który stał się słynny za sprawą pewnego konfliktu wojennego.



Witaj w Wietnamie, maleńka.












Tak jest: dzisiaj pogadamy o helikopterach, a konkretniej o modelu UH-1 firmy Bell, znanym też jako "Huey". Podczas wojny w Wietnamie nasz "Huey" i jego bracia (było ich tam łącznie 12.000) wykonali prawie 500,000 misji bojowych, ewakuacyjnych i zwiadowczych co przeliczyło się na jakieś 9.713.762 godzin lotu (kurcze zawsze mnie to zastanawia kto to wszystko liczy? Ciekawe czy wie, że poza liczbami istnieje jeszcze inny, magiczny świat?). Podczas tych wielu godzin piloci byli nieustannie narażeni na ostrzał, z każdej strony (to taka specyfika wojny w Wietnamie: widzisz kamień większy niż 30x30cm? Pewnie pod nim siedzi wkurzony azjata z AK-47). Kurcze... żeby być pilotem helikoptera podczas wojny w Wietnamie naprawdę trzeba było mieć jaja ze stali przekraczające prawie udźwig maszyny... żeby nie pozostać gołosłownym chciałbym omówić przypadek niejakiego majora Patricka Brady'ego, który otrzymał Medal za Honor i nawet przeżył by go odebrać.

Ale co takiego uczynił nasz pilot? Zacznijmy od tego, że pan major zgłosił się na ochotnika by pomóc rannym żołnierzom, którzy utknęli w pewnej dolinie CAŁKOWICIE zajętej przez mocno okopanego wroga i CAŁKOWICIE przykrytej gęstą jak masa perłowa mgłą. Wykorzystując wirnik helikoptera by przegnać mgłę nasz dziarski koleżka przeleciał nisko nad doliną i gdy w końcu znalazł rannych wojaków, wylądował zupełnie nie zwracając uwagi na to, że z bliska bezkarnie naparzali do niego żołnierze Północnego Wietnamu (to ci źli) ewakuował wszystkich dwóch (!!) żołnierzy i odleciał. Mało?




W Afganistanie też umieją nieźle latać.











Następnie został wezwany (oczywiście znowu była gęsta mgła) by pomóc kolejnym żołnierzom, którzy kryli się jakieś 50 metrów od wroga. Dodajmy, że Wietnamce zestrzelili już dwa inne helikoptery a kilka innych próbowało ale się im nie udało. Co na to major? Wylądował jakby nigdy nic, zabrał na pokład żołnierzy i odleciał. I tak cztery kurna razy! (a podczas trzeciego razu miał już mocno poturbowany helikopter wraz z rozwaloną połową kontrolek lodu) Mało?

Chwilkę później wymienił helikopter i został poproszony o ewakuowanie plutonu Amerykańców, który utknął na polu minowym. Tak jest.. nie mylą was oczęta: pan Brady miał posadzić tą 17 metrową, ważącą 2 tony bestię na cholernym polu minowym! Gdy jedna z min wybuchła koło jego helikoptera raniąc 2 osoby z jego załogi ten szalony major pewnie tylko wzruszył ramionami, poczekał aż wszyscy się załadują i odleciał czymś co się nadawało już tylko na złom. Teraz już wiecie czemu chcę być pilotem helikoptera? (Nie.. to wcale nie jest wpływ Call of Duty).



To wyglądało mniej-więcej tak, tylko że z setką Wietnamczyków i jeszcze większą ilością karabinów oraz wybuchów.











No dobra.. ale czego potrzebuję jako przyszły pilot? Cóż.. przede wszystkim potrzeba mi licencji pilota a tej jest kilka rodzajów (i chyba jest nietrudna do zdobycia skoro nawet John Travolta może latać):

- Pilot Uczeń: pozwala latać pod okiem instruktora, lub samemu w ściśle określonych warunkach (nie dalej niż 100 metrów od lotniska czy coś w tym stylu), więc to odpada.
- Pilot Sportowy: pozwala latać Lekkimi Sportowymi Samolotami co tłumaczy się jako: Kosiarka ze Skrzydłami. To też odpada.
- Pilot Rekreacyjny: daje możliwość latania samolotami o mocy silnika 130kW (kilo Watów jakby co)... Wiecie ile ma Huey? 1.044kW. No proszę.. nie bądźmy śmieszni.
- Pilot Prywatny: ta licencja daje możliwość latania niekomercyjnego więc już na tym etapie mógłbym pozostać ale dla ciekawskich podam jeszcze pozostałe dwa.
- Pilot Komercyjny: może latać za pieniądze aczkolwiek jeszcze nie dla linii lotniczych.
- Pilot Transportowy Linii Lotniczych: ten to jest pełen serwis.

Ustaliłem zatem, że na licencji Pilota Prywatnego mogę się zatrzymać, więc teraz skupmy się na kosztach i na czasie jaki mi to zajmie (wszystkie dane są pobrane ze strony Australijskiego Rządu). Najgorsze jest to, że muszę po kolei robić wszystkie licencje, a te swoje kosztują. Niestety udało mi się znaleźć tylko koszt licencji pilota prywatnego, który wynosi $17000 (a wy narzekacie na koszty prawa jazdy). Jeśli bym chciał być pilotem linii lotniczych bym musiał wydać około $65600 + ceny trzech pierwszych licencji, dlatego zostanę chyba przy prywatnym lataniu. Jak długo mi to zajmie? To może być zaskakujące ale trzeba wylatać tylko 55-60 godzin (chyba, że robi się dłuższym trybem, z większymi odstępami między kolejnymi lotami: wtedy czas wydłuża się do 200 godzin).

Dobra.. powiedzmy że mam licencję i umiejętności... do szczęścia brakuje mi tylko maszyny. Trzeba zatem się odwołać do aukcji Hueyów, która oprócz tego, że sprzedaje te świetne maszyny ma najgorszy na świecie wygląd strony. Ogólnie znalazłem kilka ofert z czego jeśli bym miał się skusić to kupiłbym tego za €1.650.00 jako że jest bezwypadkowy, do kupienia w Niemczech i ma tylko 8.400 godzin wylatanych.

To by było na tyle dzisiaj. Nadal trwam w swoim zapale (ciekawe jak długo jeszcze) i nie przeszkadza mi nawet to, że Hollywood zredukował rolę helikopterów w filmach do: "fajnie to wygląda jak główny bohater wyskakuje/rozwala/prawie ginie w wypadku/ wysiada epicko z helikoptera. Na koniec dwie fotki z Wietnamu:



środa, 8 grudnia 2010

POPROSTU NIE MYŚLISZ CZTEROWYMIAROWO! cz. 2

Dzisiaj bez zbędnego wstępu przechodzę do dalszych rozważań o naturze wymiarów. By jednak nie rzucać was na otwarte egipskie wody (piszę egipskie bo nie dość, że są głębokie to mają jeszcze rekiny jedzące ludzi!) krótkie przypomnienie: w kolejności od zera do pięć wymiary to: kropka, długość, szerokość, głębokość, czas i gdybanie. Dzisiaj przede mną trudne zadanie wytłumaczenia wam, moi drodzy czytelnicy kolejnych pięciu wymiarów i aby sobie z nim poradzić postanowiłem zatrudnić pewnego pomocnika:




Panda Po znany też jako "Zaczepiasz-mojego-kumpla?"
















Mój drogi pomocnik ochoczo przybrał pozę idealnie ilustrującą piąty wymiar, który będzie naszym punktem wyjścia. Załóżmy, że stopa (łapa?) którą trzyma na ziemi to czas kiedy Po był jeszcze małym pandziątkiem. Jego uniesiona prawa ręka (łapa?) to ten moment, w którym zdetonował najbardziej niedobrego kiciusia w Chinach. Teraz pomyślmy co by było gdyby Panda został w knajpie ojca. Z wnikliwej obserwacji wnioskuję, że kleił by kluski do końca życia (co w świetle nowych informacji o tej animacji nie byłoby takie złe bowiem nie dopuściło by to do powstania kolejnych 6 części tego filmu). To niech będzie jego druga ręka (łapa?). Dobra.. wyszło na to, że was okłamałem i napisałem kolejny przydługi wstęp ale już przechodzę do rzeczy.

WYMIAR 6: Zagięcie (znowu). Załóżmy, że Panda może podróżować w czasie do swojej stopy by się pośmiać z tego jakim był nieudacznikiem. Możemy to potraktować jako zagięcie czwartego wymiaru do piątego, lub po prostu napisać, że Po musi zrobić skłon prawą ręką do swojej stopy. Niezależnie od tego w którym momencie między Po-pandziątko a Po-największy-rozpierdzielator by się znalazł, nadal by pozostał w "swojej" linii czasu gdzie wszystko potoczyło się tak jak to scenarzysta zaplanował. Gdyby jednak chciał się przenieść do jego drugiej łapy gdzie byłby dalej kuchcikiem musiałby się cofnąć do swojego dzieciństwa, gdzie by musiał się nakierować tak by w ogóle nie myśleć o Kung-Fu tylko o kluskach, zmieniając przyszłość i tworząc w ten sposób nową linię czasu, w której przejmuje rodzinny interes po ojcu.




Chyba, że ktoś mu podsunie pomysł by zniszczyć ten interes.









To by było jednak podążenie dłuższą drogą. Krótszą byłoby poprostu zgiąć ręce (łapy?) i złączyć je umożliwiając w ten sposób przeskoczenie z jednej linii czasu do drugiej. To jest właśnie szósty wymiar.

WYMIAR 7: Linia (to tutaj zaczyna się jazda). No dobra.. więc czwarty wymiar to linia nie? Więc może to być także linia łącząca początek i koniec wszechświata prawda? Prawda. To teraz postarajcie się wyobrazić cały szósty wymiar jako punkt (mi w tym momencie wypłynął mózg). Żeby wam to ułatwić chcę przedstawić wam wizualizację: weźcie początek naszego wszechświata (czyli prawdopodobnie Wielki Wybuch), wyobraźcie sobie wszystkie możliwe linie czasowe prowadzące do końca naszego wszechświata (czyli np Wielki Chłód, Wielki Krach, czy Wielkie Pierdnięcie Energii Próżni) - to jest nasz punkt, znany też jako nieskończoność.

Wymiar o którym właśnie mówię jest linią łączącą dwa sześciowymiarowe punkty czyli tak naprawdę dwie nieskończoności. "O rety!", zakrzyknie mój asystent, "jak może istnieć druga nieskończoność?" Cóż drogi Pando.. to w miarę proste: musi zwyczajnie mieć inny początek, inny zestaw praw fizyki i inne rodzaje jego końca. Może inny wszechświat powstał po zderzeniu się dwóch kosmicznych firanek? (tzw. M-teoria) A może jest wypełniony przez myślące szafy emitujące światło słoneczne? W każdym razie siódmy wymiar łączy te dwie nieskończoności.




Albo może istnieje wszechświat gdzie Daimos jest postacią historyczną.












Wymiar 8: Rozgałęzienie (tu kończy się jazda a zaczyna abstrakcja). Gdyby od linii łączącej dwie nieskończoności poprowadzić jeszcze jedną prostopadłą prowadzącą do innej nieskończoności (np. takiej gdzie zwierzęta uczą się Kung-Fu i są narysowane) dostalibyśmy ósmy wymiar. To by było na tyle. Idziemy dalej!

Wymiar 9: Zagięcie. Tak jak było w przypadku wymiaru szóstego, gdzie zagięliśmy szósty wymiar do wyższego by umożliwić przeskoczenie z jednego punktu do innego punktu w szóstym wymiarze, dziewiąty wymiar możemy uzyskać zaginając jedną nieskończoność na drugą tak by możliwe było bezpośrednie przejście z jednej na drugą. Tak wiem, że to brzmi tak jakby Panda Po miał trzymać za rękę (łapę?) mistrza Oogwaya gdy ten zamienił się w płatki drzewa brzoskwini i odleciał w kosmos ale to ma sens. To znaczy.. dla kogoś gdzieś na ziemi to ma sens.

Wymiar 10: Punkt. Ujmę to najprościej jak potrafię: wyobraźcie sobie, że mamy nieskończoną ilość możliwych rozgałęzień zawartą w nieskończonej ilości linii czasu zawartych w nieskończonych ilościach wszechświatów i to wszystko sprowadźcie do punktu - właśnie wyobraziliście sobie dziesiąty wymiar!


Panda nadal próbuje ale utknął na siódmym wymiarze.













To by było na tyle. Dzięki, że wytrwaliście do końca tej szalonej podróży! Jakieś pytania?

sobota, 27 listopada 2010

POPROSTU NIE MYŚLISZ CZTEROWYMIAROWO! cz. 1

Z problemem, który chciałbym dzisiaj omówić mieliśmy tak naprawdę do czynienia już od dzieciństwa. Któż z nas nie oglądał genialnego serialu puszczanego swego czasu na RTL 7 pt. "Sliders"? Dla tych, którym jednak się udało jakimś cudem go ominąć słówko wyjaśnienia: więc są kolesie, którzy mają urządzenie pozwalające przenosić się do istniejących równolegle wszechświatów i którzy (jakżeby inaczej) gubią się w alternatywnych wymiarach i nie mogą znaleźć drogi do domu.


Wiedzieliście, że Sliders to też rodzaj.. hamburgerów?















Przy okazji ich podróży dowiadujemy się m.in. jak wyglądałby świat gdyby nie wynaleziono penicyliny, gdyby USA zostało podbite przez komuchów, czy gdyby kobiety rządziły światem (pierwsze dwa sezony były naprawdę ciekawe... dopiero potem zaczął się prawdziwy danse idiotis gdy bohaterowie podróżowali właściwie tylko po to by sprawdzić czy w innych wymiarach ludzie też uprawiają seks). Ostatnio sobie przypomniałem o tym serialu i zacząłem się zastanawiać: ile tak naprawdę jest tych wymiarów? I jak je sobie wyobrazić? Wiem, że was też zżera ciekawość więc postanowiłem wam pomóc odpowiedzieć na te pytania. Jako, że wymiarów jest sporo (a każdy kolejny coraz ciężej się opisuje) pozwoliłem sobie notkę podzielić na dwie części. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak zaprosić do lektury!

WYMIAR 0: Punkt. Tak ten wymiar to kropka. Serio. Taka jak ta, która kończy to zdanie. Przyjrzeliście się uważnie? Nie? To tu macie jeszcze jedną. Przechodzimy dalej.

WYMIAR 1: Linia. Jako, że to też będzie proste do opisania, postanowiłem zrobić wam na złość i to skomplikować. Linia łączy dwa pozbawione wielkości i wymiaru punkty (które są jedynie umownym pojęciem wyznaczającym różne pozycje w danym systemie) więc co za tym idzie linia posiada tylko długość co czyni ją szczególnym przypadkiem nieograniczonej z obydwu stron krzywej o nieskończonym promieniu krzywizny w każdym punkcie. Nadążacie jak narazie?

WYMIAR 2: Rozgałęzienie. Tym razem będzie łatwiej: bierzemy jedną linię, rysujemy przechodzącą przez nią drugą linię i voila! mamy Drugi Wymiar. To jest płaskie królestwo szerokości i długości do którego należy między innymi raper Parappa.


Jak i Paris Hilton przed operacją plastyczną.


















WYMIAR 3: Zagięcie. Z tym będzie gorzej bo dla łatwości przyszłej argumentacji nie mogę wam powiedzieć, że Trzeci Wymiar to wszystko co nas otacza i w czym się teraz znajdujemy (wymiar ten ma swoje uroki: WERSJA DLA JARKA. WERSJA DLA WSZYSTKICH INNYCH). Tak więc ten wymiar można opisać jako zagięcie jednej z linii z Drugiego Wymiaru tak by znalazła punkt wspólny z drugą linią z tego samego wymiaru, umożliwiając przejście z jednej linii na drugą. Chyba, że ktoś jest leniwy to może sobie poprostu nazwać ten wymiar "głębokością".

WYMIAR 4: Linia (ha tego się nie spodziewaliście!). Jeśli pierwsze trzy wymiary to, w kolejności: długość, szerokość i głębokość to jak opisać Czwarty Wymiar jednym słowem? Fani "Powrotu do Przyszłości" już wiedzą, że chodzi o "czas". No fajnie ale jak czas może być kreską? Pomyślcie jacy byliście 5 lat temu i jacy jesteście teraz. To są dwa punkty i gdyby połączyć je linią uzyskalibyśmy czas w formie.. no.. linii. Spróbujmy spojrzeć na siebie w Czwartym Wymiarze: widzielibyśmy siebie jako węża ze stadium embrionalnym na początku i trumną na końcu. Wszystko pomiędzy byłoby zamazane. Ale jako, że żyjemy w Trzecim Wymiarze widzimy tylko swój przekrój (tak samo można zrobić z trzecim wymiarem np. z sześcianem, z którego można wyciągnąć dwuwymiarową płaszczyznę).


Pomocny obrazek #1









WYMIAR 5: Rozgałęzienie. To tutaj się znajdowali Slidersi i to tutaj zaczyna się prawdziwa jazda. Najprościej rzecz ujmując jest to mnogość różnych ścieżek jakimi mogłyby się potoczyć nasze losy. Przykład? Idziecie ulicą i widzicie staruszkę próbującą przejść przez jezdnię. Postanawiacie jej pomóc - to jest wasz Czwarty Wymiar. W tym samym momencie tworzy się Piąty Wymiar, w którym nie pomagacie staruszce przejść. Tak naprawdę Piątych Wymiarów w tym momencie tworzy się bez liku i powstają nawet takie, w których staruszka ginie na przejściu, albo wy ją popychacie pod koła samochodu, albo na ziemię spada meteoryt zabijając całe życie na Ziemi (oprócz karaluchów oczywiście). Na powstawanie Piątego Wymiaru wpływ ma wiele czynników z waszymi osobistymi decyzjami na czele. Można się pokusić o stwierdzenie, że to właśnie tutaj trafiamy gdy "gdybamy".

Jako, że gdy piszę te słowa jest już tak późno, że aż wcześnie postanowiłem przerwać w tym miejscu. Mój mózg wszczyna rebelię przeciwko mnie a omówienie kolejnych wymiarów będzie wymagało pełnej współpracy z jego strony, więc pozostawiam was z chamskim (jak w Piratach z Karaibów 2 tudzież Matrixie 2) "ciąg dalszy nastąpi".

piątek, 12 listopada 2010

Zamordować prawdę aparatem.

Znacie to powiedzonko, że jedna fotografia warta jest tysiąca słów? Tak? Świetnie (Jeśli wcześniej nie znaliście to nie szkodzi - przeczytajcie jeszcze raz pierwsze zdanie, może się utrwali w pamięci). To teraz się zastanówcie co się dzieje jeśli mylnie interpretujemy daną fotografię? Zdarzyć się może bowiem, że pozbawione jakiegokolwiek kontekstu, luźne zdjęcie będzie "przeczytane" zupełnie inaczej. Staje się wtedy nośnikiem kłamstw. Chcę wam przedstawić trzy najbardziej znane fotografie, których prawdziwe historie są bardzo mało znane. Jako, że temat jest całkiem poważny postanowiłem go ukazać.. niepoważnie. Zobaczcie zresztą sami - pierwsza fotografia to:



Całuski na Times Square, znane też jako "Wygraliśmy-wojnę-a-teraz-daj-buzi."

















Zdjęcie to zostało zrobione 14 sierpnia 1945 podczas obchodów tzw. V-J Day (Victory over Japan Day w tłumaczeniu: Dzień Dokopania Japończykom). I ukazuje jak to ludzie wylegli na ulice w chwili spontanicznej radości i jak ową radość okazywali. Fotograf (Alfred Eisenstaedt - podaję to imię tylko po to by nie używać słowa "fotograf" w każdym zdaniu), który to zdjęcie zrobił zauważył uśmiechniętego marynarza podchodzącego do każdej kobiety na ulicy i całującego ją - nie ważne czy była już starą babcią, czy była chuda czy gruba, każda mogła liczyć na całuska. Gdy ów marynarz podszedł do pewnej pielęgniarki Alfred już wiedział - to jest kurna to! Zrobił łącznie 4 zdjęcia tej sceny - wybuchu spontanicznej i romantycznej radości pokazującej ducha patriotyzmu.

Czyżby? Nikt nie wspomina o tym, że ten "czarujący" wojskowy był po prostu napalonym facetem (po spędzeniu kilku lat na morzu każdy by był). A co na to pani na zdjęciu? Cóż.. po namiętnym pocałunku odwdzięczyła mu się... pięścią w ryło, fangą w nos, bombą w twarz, bułą w buźkę (to ostatnie sam wymyśliłem.. myślicie, że się przyjmie?). Czyli mówiąc krótko nie była zadowolona. Nigdy się nie dowiedziano kto tak naprawdę był na tym zdjęciu. (Swoje kandydatury zgłosiło ponad 20 facetów i 4 kobiety). Zdjęcie to jest tylko odrobinkę mniej popularne od następnego, które chcę omówić i które zaraz po "Ostatniej wieczerzy" ma chyba największą ilość przeróbek i parodii: panie i panowie oto..



Śniadanko na budowie, znane też jako "Ożeż-kurna-jak-tu-wysoko"!










Zrobione w 1932r. zdjęcie to przedstawia 11 robotników posilających się podczas przerwy w pracy na budowie wieżowca na Manhattanie. Sam budynek to przyszła siedziba amerykańskiej stacji telewizyjnej NBC, produkującej prawie nikomu w Polsce nieznany hitowy serial komediowy "30 Rock". Zdjęcie to było przerabiane naprawdę masę razy - samych wersji z lego jest kilka (w tym miejscu chciałbym sobie pozwolić na chwilę matematyki: KLOCKI LEGO + GWIEZDNE WOJNY = LEGO STAR WARS). Ta fotka stała się tak popularna, że jej reprodukcja wisi prawdopodobnie w każdym pokoju w każdym mieszkaniu na każdej ulicy na Manhattanie. Każdy kto spojrzy na to zdjęcie westchnie pewnie i powie: "rany teraz już nie potrzeba takich odważnych facetów - wieżowce budują się prawie same."

Wiecie w czym tkwi szkopuł? W tym, że to zdjęcie tak naprawdę nie ukazuje odważnych mężczyzn tylko zwykłych pracowników. Pomyślcie tylko - w którym miejscu w wieżowcu mogłaby wystawać taka belka? Przecież wieżowce albo są proste albo zwężają się ku górze. Ci kolesie tak naprawdę siedzieli kilka metrów nad podłogą a samo zdjęcie jest sprytną manipulacją kadrem poczynioną przez sprytnego fotografa. Co innego mniej słynne zdjęcie "Zmiana żarówki - na cholernym Empire State Building" - to zdjęcie nie było ustawiane. Za każdym razem jak na nie patrzę to myślę sobie: "Ciekawe czemu stalowe jaja tego fotografa nie ściągnęły go na ziemię?" A teraz jako, że notka zbliża się ku końcowi wiecie na co nadszedł czas? Na kontrowersje!




Zabójstwo Nguyena Van Lema przez generała Nguyen Ngoc Loana znane też jako "Totalnie-źle-zinterpretowana-fotografia."









Sytuacja wydaje się prosta: mamy złego generała, który zabija biednego cywila w Wietnamie a miliony ludzi uznaje to zdjęcie za protest przeciwko okrucieństwom wojny. Oczywiście jak poprawnie wnioskujecie prawda jest zupełnie odmienna. Tym "biednym cywilem" jest jeden z oficerów Viet Congu (to ci źli), członek wietnamskich Szwadronów Śmierci, zajmujący się tropieniem policjantów i mordowaniem ich razem z ich rodzinami. Ten koleś został złapany prawie na gorącym uczynku gdy stał nad rowem z 34 ciałami zamordowanych policjantów i ich rodzin (z czego 6 było chrześniakami generała). Nie wiem jak wy ale ja w pełni potrafię zrozumieć czemu ta egzekucja odbyła się na miejscu i bez sądu.

Ale wiecie co jest najgorsze w tym wszystkim? To jak ludzie, źle zrozumieli tą fotografię i uznali generała Loana za zbrodniarza. Sam fotograf, który zrobił to zdjęcie żałował, że miało ono taki wpływ na obywateli: "Generał zabił członka Viet Congu. Ja zabiłem generała moim aparatem. Fotografie kłamią, nawet bez manipulacji. Są pół-prawdą." (Fotograf jakiś czas później osobiście przeprosił generała za uszczerbek na jego honorze, doznany w wyniku publikacji tego zdjęcia - nazwał go nawet bohaterem). Nie sposób się nie zgodzić z tym cytatem - smuci mnie gdy mam do czynienia z jawną manipulacją zdjęciami, gdy służą one uzyskaniu jakiegoś konkretnego celu (jak np. słynna afera zdjęciowa z BP - całe szczęście, że ludziom jest coraz trudniej wcisnąć taki kit). Myślicie, że kiedyś sytuacja się poprawi?

Ps. Gdyby się ktoś nie skapnął: prawdziwe wersje zdjęć macie w tytułach.

poniedziałek, 1 listopada 2010

3 sposoby na uzyskanie nieśmiertelności i czemu są one do bani.

Jako, że ostatnio stanąłem twarzą w twarz ze swoją kruchością a co za tym idzie śmiertelnością (pęknięty obojczyk to poważna sprawa) postanowiłem rozważyć co bym musiał zrobić by osiągnąć nieśmiertelność, a jaki jest lepszy sposób by się tego dowiedzieć niż przyjrzeć się jak zostało to ukazane w popkulturze? Zaznaczam, że nie szukałem trywialnych odpowiedzi w stylu: "Nasza religia gwarantuje Ci życie wieczne po śmierci" albo "Twoje dzieci to twoja nieśmiertelność" (patrząc na dzisiejszą biegającą gimnazjalną nieśmiertelność chyba wolałbym być zapomniany), czy "Twoje czyny sprawią, że będziesz zapamiętany." Problem w tym, że każda z tych opcji zakłada śmierć. A ja chcę ŻYĆ wiecznie nie być PAMIĘTANY wiecznie. Zatem moi drodzy.. jaki jest pierwszy najlepszy sposób osiągnięcia nieśmiertelności? (Urodzenie się nieśmiertelnym pomijam - to głównie przywilej głupich szyszko-jedzących elfich paniczyków).

Cóż.. najlepiej po prostu postanowić nie umierać. Przyznajcie się.. nie wpadliście na to nie? Ten pomysł przyszedł do głowy niejakiemu Hobowi Galdingowi - jednemu z drugoplanowych bohaterów "Sandmana", napisanego przez Neila Gaimana. Otóż Hob stwierdził, że umieramy bo wszyscy inni umierają. Według niego to był pewien rodzaj nawyku, który postanowił rzucić tak jak rzuca się palenie, ćpanie czy picie po ciężkiej imprezie zakończonej kacem gigantem.



Nigdy więcej nie umrę, koniec z umieraniem!











Gdzie jest haczyk pytacie? Otóż nie wystarczy coś powiedzieć żeby to się stało - muszą zaistnieć odpowiednie okoliczności. Na szczęście nie musi to być coś w stylu koniukcji 13 galaktyk tak żeby się ułożyły w wizerunek wkurzonych oczu Songoku. Wystarczy na ten przykład znaleźć się na drodze spaceru Snu i Śmierci - rodzeństwa z rodu Nieskończonych, którzy dla zabawy dali naszemu bohaterowi wieczne życie.



Jeśli tak wygląda Śmierć to muszę się zastanowić czy naprawdę chcę nieśmiertelności.
















Co to oznaczało dla pana Galdinga? Zostaje on bogaty, zdobywa żonę, jest pasowany na rycerza, potem popada w niełaskę, jest handlarzem niewolników, bogaci się, rzuca handel niewolnikami, potem prowadza się z córką niewolników, ale wiecie co jest najgorsze? Mimo nieśmiertelności nadal cofa mu się czoło... co to ma być za nieśmiertelność kiedy w jej trakcie i tak trzeba stawić czoła (nomen omen) jednemu z największych lęków mężczyzn?

Nikt nie chce żyć przez milenia z recesywnym czołem więc koniecznie szukajmy dalej. Na tapecie ląduje Ten-którego-imienia-nie-wolno-wymawiać. O rany! ten to dopiero miał fioła na punkcie nieumierania. Czego to on nie wymyślił: podzielił swoją duszę na 7 części i schował ją w horkruksach (nie wiecie co to? MUGOLE! MUGOLE!!), poszukiwał Insygniów Śmierci, chciał odnaleźć Kamień Filozoficzny i pił krew jednorożca i to na tej ostatniej chcę się skupić. Ta oleista, srebrna substancja ma ponoć możliwość zagwarantowania życia wiecznego jeśli się ją wypije.



Oleista, srebrna substancja? Czyżby T-1000 coś ukrywał?










Ale i tutaj mamy do czynienia z małym haczykiem: żeby uzyskać krew jednorożca, trzeba go pierw zabić (wiem, wiem logiczne to bardzo), a morderstwo to wiąże się z maleńką klątwą. No więc to życie wieczne, które właśnie uzyskaliście będzie przeklęte. Nigdzie nie jest wspomniane o jaką klątwę chodzi ale to chyba coś większego niż klątwa sprowadzająca na waszą twarz kurzajki. Niektórzy nawet mówią, że przez to naszemu kumplowi Voldemortowi w życiu się nie powiodło (może jego klątwa miała na imię Harry Potter?). W każdym razie jest to haczyk zdecydowanie eliminujący tą metodę uzyskania nieśmiertelności (nie wiem jak wy.. ale ja lubię moje nieprzeklęte życie).

Idąc dalej docieramy do Świętego Graala. Tak jest panie i panowie..
(SPOILER ALERT!!)

zanim Dan Brown odkrył, że Święty Graal to tak naprawdę kobieta

(KONIEC SPOILERA)

ludzie myśleli, że każdy kto wypije z tego kielicha uzyska życie wieczne. Po raz pierwszy na ten pomysł wpadli rycerze Króla Artura, którzy podczas poszukiwań zostali ujęci przez policję pod zarzutem morderstwa (jak to ukazuje świetny film dokumentalny pt. "Monty Python i Święty Graal"). Tam gdzie im się nie powiodło sukces odniósł niejaki Indiana Jones, który z małą pomocą ojca dotarł do miejsca gdzie kielich był przetrzymywany. Szybki łyczek i pyk! mamy nieśmiertelność.



Chyba, że się wybrało zły kielich.














Tradycyjnie haczyk polegał na tym, że aby pozostać nieśmiertelnym trzeba było zostać w świątyni. Żadnego wyłażenia na zewnątrz i cieszenia się życiem wiecznym. Nic z tych rzeczy! Całą wieczność należało spędzić w zatęchłej jaskini gapiąc się na kielichy.. nie dzięki.

Podsumowując.. wiecie jakie wnioski udało mi się wyciągnąć? Jeśli ktoś potrafiłby żyć z tymi wszystkimi haczykami itp. miałby jeden wielki problem: to że nieśmiertelność zazwyczaj trwa w nieskończoność. Wyobraźcie sobie: nie potrafimy zorganizować sobie czegoś do roboty podczas deszczowego popołudnia a co dopiero przez kilka tysiącleci. W sytuację tą idealnie wpisuje się pewien drugoplanowy bohater serii książek Douglasa Adamsa "Autostopem przez Galaktykę": Wowbagger Nieskończenie Przedłużony. Uzyskał on nieśmiertelność w wyniku wypadku z akceleratorem cząsteczek, parą gumek do włosów i płynnym śniadaniem.. zresztą nieważne. Biedaczek nie radził sobie dobrze ze swoim wiecznym życiem dopóki nie znalazł sobie czegoś do roboty - mianowicie postanowił obrazić werbalnie każdą żyjącą istotę w całej historii wszechświata (obraził np Czengis Czana co poskutkowało spaleniem dużych połaci Azji). Więc pomysł na życie wieczne już mam.. teraz potrzebuję je osiągnąć...macie jakieś propozycje?