niedziela, 10 maja 2015

Atak Kultury: recenzja filmu "Avengers: Czas Ultrona".

Premiera nowych Avengersów przyniosła zbiorowy okrzyk ekstazy każdego fanboja na planecie. Nie powiem, ja coś swojego (bardziej westchnięcie rozkoszy niż krzyk) też dołożyłem - w końcu komiksy, w których pojawia się Ultron stanowią jedną z najważniejszych i kultowych części Marvela. Poza tym, w końcu ktoś inny jest tym złym a nie Loki (który wciera gdzieś odżywkę w swoje włosy). Fabuły nie będę przytaczał bo każdy zainteresowany tematem pewnie już wie o co chodzi. Zatem przejdźmy do meritum, bo to was pewnie najbardziej interesuje: jacy są nowi Avengersi?
Tłoczni
Szczerze? To mam mieszane uczucia. Pierwszą część uwielbiam (choćby za to) a druga... jakoś nie wywołała we mnie większych emocji. Ilość wątków i postaci jest tak duża, że sam reżyser narzekał na konieczność żonglerki i zmęczył się tym do tego stopnia, że nie będzie reżyserował kolejnych. Odnosiłem wrażenie, że film to z jakieś 5-6 różnych historii, które zderzają się ze sobą raz na jakiś czas. Cierpi na tym np. taki Quicksilver, tzn. Pietro Maximoff (proszę nie pozywajcie mnie za to przejęzyczenie!), który to biedulek ma łącznie 7 kwestii mówionych. Miałem wrażenie, że fabuła się rozjechała a reżyser i tak musiał robić co w jego mocy (nierzadko naciągając logikę do granic możliwości - jak osoba XXXL gumkę od swoich majtek) by usprawiedliwić obecność Czarnej Wdowy i Hawkeye'a w filmie. Do tego mimo, że stawka była teoretycznie większa niż w poprzedniej części a bohaterowie mieli więcej do stracenia jakoś nie czuło się z tego powodu większego zagrożenia. O ile w komiksach Ultron zawsze wydawał mi się jako ktoś komu się prawie udało wygrać tak tutaj miałem wrażenie, że nie stanowił zbytniego zagrożenia. Ponadto, raczej słabo wypada jego armia robotów które równie dobrze mogłyby być zrobione z tektury. Młócka - młócką, fajnie cała klepanina jest zaprezentowana ale gdy za przeciwników ma się setki takich samych bezimiennych i pozbawionych charakteru robotów to to nie robi takiego wrażenia jak np. walki z wielkimi latającymi eee... węgorzami z kosmosu z pierwszej części.

Całość ratują tak naprawdę 3 rzeczy - pierwszą są sceny walk (gdy akurat nie robią zbliżenia na poszczególne pory w skórze Thora), szczególnie gdy cała ekipa zbiera się w jednym miejscu. Drugą są dialogi, które jak zwykle skrzą się dowcipem i ciętymi ripostami. Aczkolwiek jeśli o to chodzi to według mnie jest gorzej niż w poprzedniej części - trochę tutaj wymuszenia jak w Iron Manie 3. Nie zrozumcie mnie źle, w końcu zaśmiałem się kilka razy ale to chyba już nie to samo. Ostatnią rzeczą, która ratuje Avengersów CzasUltrona jest... sam Ultron. James Spader w roli blaszanego megalomaniaka z kompleksem stwórcy jest po prostu rewelacyjny. Normalnie perełka!

Zbliżając się do konkluzji: Avengers Czas Ultrona to przeładowana efektami specjalnymi (bardziej niż Strażnicy Galaktyki - a oni się dziali w kosmosie!) i bohaterami trampolina. Jest jak odskocznia do kolejnej fazy filmów Marvela: zawiązują wątki z Czarnej Pantery, pokazują przebłyski fabuły Thora 3, przygotowują grunt pod kolejnych Avengersów, i czuć zalążek konfliktu z Kapitana Ameryki 3. W zalewie rzeczy do odhaczenia u scenarzystów zniknęła im gdzieś spójna fabuła. Jak dla mnie jest to taki typowy film od Marvela - na miarę Iron Mana 3 czy Kapitana Ameryki 1. Nie ogląda się go źle ale do poziomu pierwszego Iron Mana oraz pierwszych Avengersów nie ma niestety startu. Jest kilka naprawdę super scen i nie mam na myśli jedynie rozwałki - lecz giną niestety w szaroburej rozwałce. Myślę, też że powoli się wkrada zmęczenie materiałem. W końcu można się przejeść nawet schabowymi!

Moja ocena: 6

niedziela, 3 maja 2015

Medal of Honor - soundtrack idealny?

Witajcie. Chciałbym dziś wam zaserwować pyszne danie w postaci soundtracku do "Medal of Honor". Uważam skromnie, że to jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych w historii gier i zarazem taka, której rzadko kto posłuchał. Kompozytorem tej konkretnej ścieżki dźwiękowej jest Ramin Djawadi, który przewinął się już u mnie na blogu przy okazji świetnego soundtracka do pierwszego sezonu Gry o Tron. Jednakże ten, który wam chcę teraz przedstawić bije go na głowę w taki sam sposób jak drony biją Talibów. Na początek zaserwuję wam początkowy utwór, który towarzyszy nam podczas buszowania po menu gry: From Here.


To chyba był pierwszy raz gdy siedziałem i gapiłem się w napis "opcje" przez 3 minuty i 49 sekund. Wspaniały utwór. Od pierwszych chwil utwór naprowadza nas na arabsko/afgańskie rytmy (Ramin czuje te klimaty dość dobrze - co pokazał w Iron Manie), które będą nam towarzyszyły przez resztę płytki. W pierwszych sekundach czuć wyraźnie surowość i nieprzystępność górzystych terenów w Afganistanie, w których przyszło walczyć głównym bohaterom gry. Warto też zwrócić uwagę na piękne wprowadzenie motywu przewodniego w okolicach 1:30 - głębokie dźwięki świetnie uzupełniają gitarę elektryczną z pierwszych sekund utworu. Przekonawszy się jakiego typu jest to muzyka przechodzimy dalej!


Utwór deczko dynamiczniejszy, pasujący chyba bardziej do ekranizacji Prince of Persia, w którym pierwsze sekundy przypominają odrobinę "Helikopter w Ogniu", z którym zarówno klimatem jak i wydźwiękiem "Medal of Honor" jest dość blisko spowinowacony. Ale jak to się mówi: naśladownictwo najwyższą formą uznania! Bardzo łatwo jest wyobrazić sobie pełne napięcia sceny przeczesywania ulic i alejek w ciasnym, dusznym i starożytnym mieście na pustyni w poszukiwaniu zagrożenia ze strony jego mieszkańców. Kontynuując wzmacnianie motywów przed nami "Hunter-Killer".


Dość mocny początek przechodzi w zajmującą partię smyczkową. Ostatecznie obie ścieżki łączą się pod koniec utworu dając nam pobudzające nogi rytmy. Dynamiczny, pulsujący i zahaczający o odrobinkę mocniejsze brzmienia. Podobnie brzmi "Taking the Field" towarzyszący nam podczas walnego szturmu na okopanego na lotnisku przeciwnika. Właśnie te nagrania najbardziej związane i najlepiej przedstawiają gatunek, z którego wywodzi się gra - FPS.

Kurczę, tak poprawdzie ledwo się powstrzymuję przed wrzuceniem wam całego soundtracka - jest taki świetny, że chcę wam pokazać i omówić cały! Ale jako, że poprzysiągłem sobie być (w miarę) treściwy tak też postąpię. Przed wami wisienka na torcie, wyciągnięta z szafy najlepsza whisky, kubańskie cygaro, czyli najlepszy utwór na płycie: "Heroes Aboard".

Piękny i przejmujący. Głęboki i poruszający. Rozpoczyna się powolnym wprowadzeniem motywu głównego, który w pełni się nam prezentuje około 1:45. Nadal jednak słyszymy go w wersji stonowanej i spokojnej, dopiero pod koniec jest nam zaprezentowany w pełni. Powiem wam, przy tym utworze czuję się jakby mnie ktoś dźgał smyczkiem prosto w serducho.W jakiś dziwny sposób przemawia to do mnie (wiadomo - skrzypce) na głębszym poziomie. "Heroes Aboard" jest taki... głęboko melancholijny ale w taki pozytywny sposób. Jak dobre wspomnienia z dzieciństwa. Też macie takie skojarzenia?

Najciekawsze jest to, że tak wybitny wg mnie soundtrack został wykorzystany do gry tak... pospolitej. Szarej i brązowej, w której strzelamy do ludków w ręcznikach na głowach. W grze starano się oddać głębię psychiki walczących i wyszło to dość połowicznie. O ile soundtrack faktyczne potrafi nam zasugerować głębię, o tyle w grze cała analiza psychiki współczesnego wojaka sprowadza się mniej-więcej do: "e, zoba, jak ón kipnie to ta baba bedzie ryczeć". Jest to ogromna krzywda i uważam, że ta muzyka zasługuje na lepszą grę. To tak jakby ktoś dał Hołowczycowi fiata 126p i powiedział: "pokaż na co cię stać". Umiejętności wielkie, lecz słaba okazja do wykazania się.

Na koniec zostawiam was z "Tariq's Plea", z fajnymi motywami na gitarce elektrycznej połączonymi ze smyczkami:


PS. Jeśli już się dziwiliście, że nie znalazłem nic na co mógłbym ponarzekać to nie bójcie się - jest jedno nagranie, które mnie tak wkurzało, że wywaliłem je z playlisty. Nie będę go linkował, lecz tylko wspomnę tytuł: "Enemy Down". Podejrzewam, że to efekt nacisków ludzi z branży. Skoro czyjaś inna gra miała sekwencję z helikopterami i fajnym podkładem muzycznym to my też musimy mieć. Ta piosenka burzyła mi całą konstrukcję płytki i była tak niedopasowana do reszty jak satanista na zlocie kółka gospodyń domowych.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Noc filmowa w kosmosie.

Na ISS dotarła jakiś czas temu dostawa (której prototypowe lądowanie na barce-dronie na oceanie wyszło dość... średnio). Wszyscy astronauci się cieszą bo wraz z nową partią gaci i skarpetek przyleciała pierwsza na świecie maszyna do robienia kawy w kosmosie. Urządzenie pozwala na robienie nie tylko kawy ale też herbaty czy innych ciepłych napojów (o zupkach chińskich nikt nie wspomniał). Cały proces nie różni się zbytnio od robienia kawy z ekspresu na Ziemi. Jedyną różnicą jest tylko fakt, że kawę przechowuje się w saszetkach dziwnie przypominających saszetki do przechowywania moczu na stacji. Ogólnie, znając upodobania wszelkich kawoszy do dyskryminowania gustów innych kawoszy to jestem przekonany, że pierwszy kosmiczny konflikt między przedstawicielami obcych narodów rozpocznie się od przygotowania latte zamiast cappuccino. 

Jako, że mamy już kawkę to jak inaczej moglibyśmy zabić czas (gdy żonglerka jedzeniem już nie sprawia takiej frajdy)? Najlepiej puścić jakiś film na rzutniku! Na jaki zdecydowali się astronauci? Jakiś dokument o życiu na Ziemi, by z tęsknotą wspominać pobyt na naszej planecie? Nie. Wybrali... "Grawitację" z Sandrą Bullock. Nie zalewam.
"Anton przewiń do momentu jak stacja wybucha"
No nie powiem, mają tam na górze jaja. To tak jakby na Costa Concordii w kinie puszczali "Tragedię Posejdona" albo "Titanica". Albo "Liberatora 2" w Pendolino.  Albo "Wroga u Bram" na Ukrainie. Osobiście proponuję by zainstalowali sobie Obcego Izolację na komputerach pokładowych, problem jest taki, że gra jest tak przerażająca, że powtórzą prawdopodobnie sytuację z Apollo 10 gdy po kabinie latała sobie kupka. I znowu, nie zalewam. W internecie wyszperałem ostatnio transkrypcję rozmów astronautów podczas misji Apollo 10, w której nagle zaczynają rozmawiać o latającym klocku. 
Kto zapomniał spłukać?!
Wymiękłem na tekście w stylu "to nie moja kupa - moja była bardziej lepka". Ale wydaje mi się, że poczucie humoru jest wręcz wymogiem w sytuacji gdy od bezwzględnej pustki oddziela cię 40 centymetrów kadłuba. Zresztą wystarczy spojrzeć na plakat promocyjny ekspedycji 42 (czyli obecnej), by zobaczyć ich ogromny dystans do samych siebie:


Myślę, że powoli będę kończył. Pamiętajcie, że nad nami krąży stacja kosmiczna z sześcioma niewiarygodnie odważnymi osobami! 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Atak Kultury: recenzja książki "Player One".

Nostalgia to ciężka sprawa. Zazwyczaj wygląda to tak, że dopada w najgorszych momentach i każe Ci usiąść na parapecie w parującą kawą i patrzeć jak za oknem pada deszcz (albo wyciągnąć dawno zapomniany zestaw Lego). To ona sprawia, że gdy przypomnisz sobie jak sprintem się wracało ze szkoły by obejrzeć w telewizji nowy odcinek Dragon Balla/Super Świnki/Pokemonów (tylko, żeby zobaczyć, że to powtórka) itp, mimowolnie wymyka się nam westchnienie tęsknoty. Jednakże, sama nostalgia nie musi być wyrazem smutku za czymś minionym; udowadnia nam to Ernest Cline w swojej książce "Player One", gdzie odwołując się do naszej tęsknoty stworzył jedną z najlepszych książek przygodowych jakie ostatnio czytałem. W końcu nie na darmo została okrzyknięta najlepszą powieścią SCI-FI 2011 roku!

Świat przyszłości jest trawiony przez kryzys: bezrobocie, głód, ubóstwo i te klimaty. Ogólnie taki prawie postapo. Główny bohater, podobnie jak znaczna większość społeczeństwa znajduje ukojenie w OASIS - globalnym wirtualnym świecie. Gdy umiera jego ekscentryczny twórca okazuje się, że wewnątrz ogromnego świata OASIS ukryte są wskazówki, które mogą doprowadzić śmiałków do fortuny jaką zostawił po sobie ów geniusz komputerowy. Rozpoczyna się poszukiwanie, lecz niektórzy oczywiście nie cofną się przed niczym by przywłaszczyć sobie tą niebagatelną nagrodę. Jest jednak mały haczyk: genialny twórca był owładnięty kulturą lat 80tych i by odkryć jego skarb wszyscy, wraz z czytelnikiem muszą się zanurzyć w neonowym, pikselowym klimacie.

Powiem wam, że świetnie się to czyta: jako, że większa część akcji dzieje się w świecie wirtualnym to co i rusz ktoś lata jakimś X-wingiem, przed szkołą stoją na parkingu Tie Fightery, gdzieś się przewijają motywy z Firefly czy Battlestar Galactica, Spider-mana, Władcy Pierścieni, Blade Runnera, wspomniane są stare gry jak Zork czy PAC-Man a nawet D&D. Normalnie bomba! Polecam czytać z tabletem czy laptopem pod ręką - warto googlować sobie wszystkie rzeczy, o których mówią bohaterowie, a wszelkie wspomniane piosenki (a jest ich sporo) puścić z youtuba. Nawet gry, o których wspomina autor w większości są dostępne za darmo w formie przeglądarkowej więc warto się z nimi zapoznać.

Ale oczywiście nie byłbym sobą gdybym odrobinkę nie ponarzekał. Nie przepadam za pewnymi fabularnymi rozwiązaniami, obecnymi niestety w "Player One". Zbytnio nie wdając się w szczegóły, gdy bohater mówi, że "ma plan" po czym przygotowuje go poza kartami książki a my czekamy aż zostanie nam łaskawie ujawnione o co chodzi. Rozumiem, że takie są wymogi utrzymywania napięcia i zaciekawienia, tylko, że tutaj to było takie "prosto w twarz", czułem się jakby ktoś mi zdradził datę i miejsce przyjęcia niespodzianki na moją cześć ale nie ujawnił kto będzie.

Dla kogo jest to książka? Cóż, napewno nie dla dzieci. Jest tu sporo przekleństw i delikatnie poruszony temat pornografii (w końcu akcja dzieje się w internecie!). Dla mnie to taki trochę Goonies wymieszany z Tronem i podlany sosem z Małego Brata w posypce z pikseli w barze dla 17 latków. Bombowa lektura!

PS. Rusza powoli ekranizacja robiona przez Stevena Spielberga - jeśli wykupią chociaż połowę licencji to będziemy mieli do czynienia ze świetnym widowiskiem.

sobota, 4 kwietnia 2015

Grasz w gry? Weź dorośnij!

Wiecie co, chciałbym poruszyć temat, który dręczy mnie od bardzo dawna. obecność i stosunek do gier w masowych mediach i opinia zwykłych ludzi. Oczywiście chodzi mi tu o mentalność i nastawienie w naszym kraju bo za granicą już dawno ludzie się ogarnęli. E-sport zyskał na zachodzie i wschodzie (szczególnie w tej lepszej Korei) oficjalnie uznany status. Pojawiają się pierwsze stypendia na uczelniach dla graczy, bo tak naprawdę podobnie jak napakowani sterydami gracze w futbol tak i pro gracze komputerowi potrzebują treningów. Same imprezy e-sportowe przynoszą niesamowite zyski i gromadzą sporą widownię.

To nie jest wbrew pozorom koncert Robbiego Williamsa
Jednakże u nas w kraju przy okazji imprezy e-sportowej jeden z reporterów zadaje pytanie pewnej grającej dziewczynie: "twój chłopak wie że grasz?", tym samym kontynuując wiekową tradycję reporterów-idiotów. Jeszcze niech spytają sprinterów olimpijskich po co trenują kondycję skoro biegną tylko przez 9 sekund.

Jako ktoś zatopiony w kulturze growej patrzę trochę z zazdrością w stronę komiksiarzy. Bo im udało się przebić z mentalności pt. "komiksy są tylko dla półniewidomych 8 latków" do "ej, to może być niezłe!". Ludzie odkryli, że taka np. manga to nie tylko cycki i wydumane komiksy ze scenami walk na 15 tomów. Niestety bastion ciemnoty wobec gier jest niezwykle silny w Polsce. Co jakiś czas (jak już się coś pojawi) artykuły pisane są przez dziennikarzy, których z grami komputerowymi łączy jedynie tetris, w którego grali na przenośnych konsolkach mając 5 lat. Albo przez kogoś kto miał do wyboru wylizywanie toalet redakcyjnych lub napisanie artykułu o grach (w obu przypadkach mamy do czynienia z gównianą zawartością).

Powiem wam, że do napisania tego zainspirował mnie pewien filmik, w którym kilkoro starszych ludzi grało w Last of Us, jedną z najlepszych gier w ogóle. Na początku podchodzili do sprawy lekko - w końcu to tylko gra. Jednakże widać było, że po jakimś czasie totalnie się wciągnęli i ulegali emocjom. Na koniec (a był to smutny i druzgocący koniec prologu) stwierdzali, że ta gra jest wybitnie mroczna. Wydawali się zaskoczeni faktem, że gry mogą wywoływać emocje i być tak filmowe. Świetny był moment, gdy główny bohater miał być zastrzelony ale z pomocą przyszedł mu jego brat. Reakcje grających były pełne ulgi: "uff na szczęście Tommy zdążył", odnosząc się do niego jak do aktora, traktując go jak prawdziwą postać a nie śmiesznego ludzika z gry dla dzieci. Oczywiście nie każda produkcja jest tak wybitna jak Last of Us ale nie ma chyba lepszego przykładu na to, że gry potrafią być dorosłe.

Krew mnie zalewa gdy słyszę komentarze w stylu: "jak możesz marnować na to czas" od kogoś kto ogląda namiętnie jak jakiś pół-znany ciołek zalicza kolejną dechę w programie o skokach do wody. Albo "nie możesz znaleźć sobie lepszego hobby?" od kogoś, dla kogo najlepszym sposobem na spędzenie czasu jest upicie się w pobliskiej spelunie. Albo "gry nie są wystarczająco głębokie" od ludzi, którzy oglądają programy o bandzie debili jeżdżących po mieście z imprezy na imprezę (nie przyjmuję do wiadomości, że takie coś ogląda się dla beki). Lub (to jedno z nowszych): "e-sport to nie sport" wypowiadane przez fana zderzających się o jajowatą piłkę przygłupów w meczu trwającym 3 godziny gdzie rozgrywki jest raptem 11 minut.

Od bezcelowego gapienia się w telepudło wolę dbać o bezbronną Clementine z gry Walking Dead (kto nie uronił łzy na końcu ten nie ma duszy). Uwielbiam też zgłębiać piękne i zarazem smutne podwodne miasto Rapture i chłonąć filozoficzne wywody na temat filozofii obiektywizmu wygłaszane przez jego założyciela. Lub przemierzać podniebne miasto Columbia i zastanawiać się nad istotą i wspólnymi cechami religii i polityki oraz nad możliwością odkupienia win. A wiecie jaka była najlepsza część sagi Gwiezdnych Wojen (po oryginalnej trylogii oczywiście)? Gra Knights of the Old Republic - legendarne RPG. Nie ma też lepszej szydery na współczesne Stany Zjednoczone niż GTA V. Jeśli ktoś grał w trylogię Mass Effecta i nie przywiązał się to Garrusa, Liary, Mordina i reszty to sądzę, że ma serce z popiołu (jeśli w ogóle ma).

A jeśli to nie sprawia, że zmienicie podejście odnośnie dorosłości gier to może sprawią to pieniądze (w końcu nie ma nic bardziej dorosłego niż mamona, prawda?). Nie moje oczywiście lecz te, które zarabiają gry. Obecnie szacuje się, że przychody rynku gier wideo są na poziomie 82 miliardów dolarów, czyli około 2 razy więcej niż przemysłu filmowego. Wyobraźcie sobie, że na produkcję takiego GTA V wydano 500 milionów dolarów (koszt takiego np Titanica wyniósł prawie 300 milionów). Z czego po JEDNYM dniu sprzedaży do kieszeni twórców trafiło 800 milionów. Gruby szmal prawda? Z takimi budżetami na filmy przestalibyśmy kręcić jednowymiarowe szmiry z Borysem Szycem!
Duszki z Pac-Mana mają więcej charyzmy.
Całość idzie jednak ku lepszemu. Jedno z pierwszych pokoleń prawdziwych graczy powoli się wzięło i dorosło. Zostali znanymi ludźmi, dziennikarzami i otwarcie mówią o swoim hobby. Czekam trochę z niecierpliwością na premierę Wiedźmina 3, kiedy to, jeśli okaże się chałą, wszyscy powiedzą, że w grach topimy bez sensu kasę lub, jeśli okaże się sukcesem, może pojawi się jakiś rzetelny artykuł!

sobota, 28 marca 2015

Atak Kultury: recenzja filmu "Ex Machina".

W końcu naprawdę dobre Science Fiction! Do tego takie, które mogą oglądać ludzie, którzy zazwyczaj kręcą nosem na przedstawicieli tego gatunku. Osobiście jestem olbrzymim fanem ale ostatnimi czasy czuję przesyt wielkimi epopejami i widowiskami. Większość stawia na stronę wizualną zapominając totalnie o jednej arcy-ważnej zasadzie dobrego Science Fiction: mimo, że dzieje się w przyszłości (zazwyczaj) to powinno się odnosić do bieżących problemów. Dlatego miałem ochotę na coś... mniejszego. I dostałem, w formie świetnego "Ex Machina".

Caleb - młody programista pracujący dla ogromnej korporacji, wygrywa w loterii firmowej tygodniowy pobyt w rezydencji prezesa - wizjonerskiego, genialnego i wyluzowanego Nathana. Bynajmniej nie leci tam jednak ponieważ jest zapracowanym trutniem i potrzebuje odsapnąć od patrzenia się w excela - ma zadanie do wykonania. Otóż Nathan w tajemnicy przed światem skonstruował pierwszą Sztuczną Inteligencję i nadał jej postać kobiety o imieniu Ava (świetna Alicia Vikander). Zadaniem Caleba jest przetestowanie jej czy ten sztuczny twór faktycznie posiada znamiona prawdziwej inteligencji. 

Mimo, że "Ex Machina" jest filmem w całości opartym na dialogach, ogląda się go z zapartym tchem. Przez cały czas czujemy niepokój i napięcie, a sesje Caleba z Avą są za każdym razem bardzo emocjonujące. Cały film jest wyjątkowo kameralny: oszczędnie i umiejętnie dawkowana muzyka (co podbija jeszcze bardziej napięcie), jedna miejscówka, trzy główne postaci, sterylne wnętrza posiadłości - wszystko jest tutaj bardzo minimalistyczne a jednocześnie na swoim miejscu. Myślę, że ta oszczędność i kameralność filmu działają na jego korzyść - żadne wodotryski czy inne fajerwerki nie odciągają naszej uwagi od historii. 

"Ex Machina" niejako na boku zahacza o kilka dość istotnych (oczywiście poza moralnością tworzenia Sztucznej Inteligencji) problemów: dostępów do danych, inwigilacji i tym podobnych. Nie są one centralnym punktem opowieści ale kilka zdań potrafi sprawić, że po seansie będziemy musieli zadać sobie pewne pytania. 

Uważam, że naprawdę warto zobaczyć "Ex Machina", Jest to mądre a przy okazji wciągające kino. Niejako przy okazji jest też niezłym i trzymającym w napięciu thrillerem. Naprawdę warto!

Moja ocena: 8.5

niedziela, 15 marca 2015

Błękitna kropka.

Chciałem dziś wam zaprezentować wyjątkowy i dający do myślenia filmik o pewnym zdjęciu. W formie jakiej wam go pokażę widziałem go w masakrycznie świetnym serialu dokumentalnym "Cosmos: A Spacetime Odyssey". Narratorem i autorem tekstu jest niejaki Carl Sagan, gwiazda rocka wśród fizyków. Ale zanim pokażę wam filmik, w trzech zdaniach opiszę skąd się wzięło to zdjęcie - główny bohater filmiku.

To nie jest martwy pixel na waszych monitorach.
W 1990 roku sonda Voyager 1 ukończyła swoją misję jako kosmiczny paparazzo, dostarczając wielu świetnych i pouczających zdjęć. A gdy już opuściła Układ Słoneczny nasz koleżka Carl stwierdził, że warto by było zobaczyć jak wygląda Ziemia z tej perspektywy. Obrócili więc sondę i zrobili zdjęcie z odległości około 6 miliardów kilometrów.

Osobiście uważam, że to najlepsza samojebka w historii.

Ale wracając do rzeczy: oto obiecany filmik.


Często słyszę opinie, że tego typu animacje sprawiają, że oglądający czują się mali wobec ogromu wszechświata. Mam dla nich radę: nie patrzcie na to jak na coś przerażającego. Patrzcie na to jak na ocean możliwości! Tyle wspaniałych rzeczy na nas tam czeka. Tyle tajemnic do odkrycia! Każdy kto czuje się przez to przytłoczony popełnia pewien błąd - próbuje ogarnąć to ze swojej perspektywy, swojej jako jednostki, jako "ja". Ego każe nam stawiać się zawsze w centrum. Ale dlaczego masz Ty być w centrum a nie ja? Może mi a może komuś innemu bycie w centrum należy się bardziej? Tak na prawdę żadnemu z nas nie należy się bycie w centrum tego wszystkiego. Jesteśmy częścią tak cudownie złożonego świata, że to z czego się składasz ty a z czego składają się te kosmiczne piece nazywane gwiazdami to to samo! Czemu mielibyśmy obawiać się czegoś co tak naprawdę pozwoliło nam istnieć i żyć?

Na szczęście dla rasy ludzkiej, jesteśmy strasznie ciekawskimi istotami. Gdyby było inaczej, ciągle byśmy siedzieli w jaskiniach, wcinając niedogotowane antylopy czy jakieś inne leniwce. Dla tych, którzy są nadal oporni proponuję małe ćwiczenie z zakresu empatii: spójrzcie na kogoś innego, najlepiej kogoś obcego. Wcielcie się w jego uczucia, uzmysłówcie sobie, że on jest taki jak wy: posiada aspiracje, nadzieje i strachy i tak naprawdę zajmuje to samo miejsce co Ty. Dlaczego chciałbyś go nienawidzić lub życzyć mu źle? Jesteśmy w tym wszystkim razem i jeśli nie nauczymy się współpracować nie będziemy w tym wszystkim na długo.