Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peter jackson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peter jackson. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2015

Atak Kultury: "Hobbit - Bitwa Pięciu Armii"

Nadszedł ten smutny czas gdy kolejna wielka przygoda dobiegła końca, gdy bohaterowie, których zdążyliśmy polubić (i co roku zapominać ich imiona - pozdro dla Krasnoludów) dotarli do kresu swej epickiej podróży, gdy szefowie studia filmowego kupili ostatnią ciężarówkę, która pomieści ich zarobki i gdy my - kinomani nie mamy czego już wyczekiwać na Grudzień (to oczywiście kłamstwo - będą Gwiezdne Wojny, cawabunga!). Tak jest moi drodzy - kończy się trylogia Hobbita i mam wam jedno do powiedzenia: NARESZCIE! Ale zanim przejdę do malutkich narzekań pierw chciałbym napisać co sądzę o samym filmie.

Jak nazywamy orków grających na instrumentach? ORKiestra.
Krasnoludy zdobyły Erebor budząc przy tym smoka, który w ramach rozprostowania skrzydeł ruszył spalić miasto Dal. Wieści o zdobyciu góry i jej nieprzebranych bogactw rozprzestrzeniły się szybciej niż wiadomości o Karpiu w Lidlu i w rezultacie otrzymaliśmy całkiem podobne sceny - każdy upomina się o jakąś jego część i dochodzi do walk. Nie ukrywajmy jednak, że fabularnie stoimy w miejscu - dosłownie i w przenośni. Wszystkie zaskoczenia i zwroty akcji zaserwowane zostały w poprzedniej części, a całość (no dobra - 90%) historii przedstawionej w Bitwie Pięciu Armii skupia się na Samotnej Górze. Nie ma w tym za wiele historii ale może to i dobrze? Dzięki temu film trwa jakieś 2 godziny 20 minut co jest najkrótszym czasem ze wszystkich części zarówno Władcy jak i Hobbita. Oczywiście nie martwcie się bo już zapowiedziano ekskluzywną wersję na DVD z dodatkowymi 30 minutami filmu (co pozwoli załatać ziejące dziury fabularne, jak np. armię, która wyparowała w powietrzu).

Całość jak już zdążyliście się domyślić obraca się dookoła bitwy, która muszę przyznać została potraktowana po macoszemu. Jakoś tak brakuje mi w niej pieprznięcia - czegoś co wstrząsnęło by nami jako widzami. Jest dobrze wyreżyserowana, dobrze przedstawiona ale jakoś nie wybija się ponad np. sceny w Helmowym Jarze (ciary na myśl o tej scenie!). Jest... dobrze, ale bez rewelacji i zbytniego dramatyzmu. Żal jest mi natomiast samych krasnoludów, którzy najbardziej cierpią na mnogości wątków (dodam, że część z nich niepozamykana totalnie na koniec) - tak barwnej ekipy dawno nie było i aż zatęskniłem za sceną z pierwszego Hobbita gdy dzielni mali wojacy przychodzą na imprezę u Bilba. Biedny Bombur został tutaj sprowadzony do roli pierwszoplanowego statysty - ma stać i wyglądać grubo bo nawet nie wypowiada ani jednego słowa. Na plus za to wyszły sceny ze Smaugiem - muszę przyznać, że dokładnie tak sobie wyobrażałem pożogę sianą przez skrzydlate monstrum. Do zalet też chciałbym zaliczyć sceny, w których poszczególni bohaterowie walczą przeciwko swoim nemezis - są o wiele ciekawsze od ogólnej rozwałki dziejącej się gdzieś w tle (a i tradycyjnie Legolas ma okazję zakpić z grawitacji). Kolejny plus za końcówkę - nie udało się wycisnąć ze mnie łezki ale i tak się wzruszyłem.

Hobbit Bitwa Pięciu Armii jest filmem dobrym. Na pewno lepszym niż druga część (która była nudna i długa) i jednocześnie gorszym niż pierwsza (bo za mało się skupia na istotnych bohaterach). Każdy fan Tolkiena będzie zadowolony, a tych którzy i tak nie lubią ani Władcy Pierścieni ani Hobbita nie przekona.

Chciałem teraz poruszyć inną kwestię - dawno nie widziałem tak wymuszonej i nastawionej na zysk produkcji. Tak naprawdę nie byłem kompletnie zainteresowany Bitwą Pięciu Armii - nie sprawdzałem zwiastunów, nie śledziłem muzyki, nic (mówię to z perspektywy kogoś kto ma 20cm figurkę Golluma na półce). Poszedłem na nią głównie po to by mieć to z głowy. Zostałem pozytywnie zaskoczony - film okazał się dobry. Ale później naszła mnie refleksja - tak sztucznego podziału na więcej części nie widziałem od dawna (no może i był jakiś czas temu jeden czy drugi a całkiem niedawno trzeci). Mam wrażenie jakby ludzie, którzy wyłożyli kilka ciężarówek mamony na ten film wymusili wręcz powstanie trylogii a nie dylogii jak to było planowane na początku. Zastanawiałem się jakim cudem ekipa co zrobiła Władcę mogła stracić tą magię i urok - teraz już wiem: bo natchnienia do zrobienia czegoś ponadczasowego nie da się kupić. Można mieć umiejętności - wtedy powstaje dobra, rzemieślnicza robota (Hobbit), ale gdy połączy się umiejętności z natchnieniem powstaje coś świetnego (Władca Pierścieni). Przez jakiś czas martwiłem się, że skoro Hobbita przerobili na tyle części to z Silmarilionu zrobią 6 sezonowy serial. Na szczęście po tym jak wyglądał Hobbit zarówno Peter Jackson jak i potomkowie Tolkiena stwierdzili, że więcej Śródziemia nie ujrzymy na ekranach kin (ale i to pewnie tylko przez chwilę - odpowiednia kasa skusi każdego).

poniedziałek, 21 listopada 2011

Atak kultury: recenzja filmu „Przygody Tin Tina”.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że bardziej subiektywnej recenzji na tym blogu nie uświadczycie. Samego Tin Tina, jako jedną z moich ulubionych bajek z okresu dzieciństwa, darzę ogromnym sentymentem. Dlatego też na seans kinowy szedłem pełen jednocześnie nadziei i strachu. Po tym jak Steven Spielberg i George Lucas zgwałcili czwartego Indianę Jonesa (nie zrozumcie mnie źle… to był dobry film, ale kiepski Indiana Jones) obawy były uzasadnione. Razem ze mną wybrała się moja towarzyszka, której stosunek do Tin Tina był… żaden. Nigdy nie oglądała wersji animowanej, ani nie czytała komiksu, więc podczas seansu zachowała obiektywizm. Z pomocą jej komentarzy powstała ta recenzja. Zapraszam!

 
Piotr, a chcesz być rudy? Nie, ale mogę taką grzywkę sobie załatwić.