niedziela, 18 stycznia 2015

Dlaczego nowy szef NASA jest idiotą.

Witajcie, wielu z was pewnie wie, że jestem wielkim zwolennikiem eksploracji kosmosu. Ostatnimi czasy czynimy w tej dziedzinie niesamowite postępy i napawa mnie radością fakt, że w ciągu dekady coraz śmielej wędrowaliśmy w przestrzeń. Niestety to wszystko może się niedługo zmienić. W Amerykańskim senacie ostatnio większość głosów zdobyła partia Republikanów i jeśli czegoś nas nauczyła polityka to tego, że można się spodziewać obsadzenia ważnych stanowisk przez senatorów z tejże właśnie partii. I tak też się stało. Pomijając inne roszady na stanowiskach itp, mnie najbardziej zainteresowała ta jedna: pewien senator z Texasu - Ted Cruz zasiadł jako przewodniczący senackiego sub-komitetu do spraw kosmosu, nauki i konkurencji. Teoretycznie dało mu to władzę nad kolejnym głupim i niepotrzebnym komitetem prawda? No cóż... w praktyce ten, ultra-konserwatywny koleś, który nie wierzy w naukę dostał do kontroli budżet NASA. My Polacy wiemy jak to się kończy gdy jakiś idiota zasiada na czele Bardzo Ważnych Komisji, prawda?

"A wtedy Tupolew zrobił NIĄĄĄĄĄŁ i BDZIU w sosenkę".
Sprawa jest przekichana na kilku płaszczyznach - NASA bowiem nie zajmuje się jedynie eksploracją kosmosu. Zajmuje się również rozwojem zielonych technologii, badań nad klimatem i przede wszystkim jest czołowym miejscem badań nad globalnym ociepleniem. Oczywiście republikanom to nie przeszkadza bo oni i tak nie wierzą w zmiany pogodowe spowodowane globalnym ociepleniem. Jakiś rok temu nawet sam Obama powiedział - "zmiany w klimacie to fakt", na co partia republikanów od razu odparła "nie-e". Rany to jest jak ten jeden dzieciak w przedszkolu, który zawsze wszystko musiał negować. Pomijam fakt, że istnieją badania dowodzące, że zwiększone emisje CO₂ są szkodliwe dla zdrowia bo przecież naukowcy nie mają racji co nie? Tak przynajmniej sądzi inna "gwiazda" w partii republikanów - Michele Bachmann.

No ale trochę odbiegłem od tematu - wiemy już czemu NASA jest takie ważne. Pytanie teraz czemu Senator Idiota jest złą osobą na to stanowisko. Jego zdaniem globalne ocieplenie to sterta banialuków. On chyba myśli, że globalne ocieplenie to wtedy gdy w Kanadzie będą mieli średnią temperatur 35 stopni. Nic bardziej mylnego Senatorze Idioto - otóż, różnice w ogólnej średniej temperaturze na Ziemi nie muszą być drastyczne. Wystarczy np obniżyć ogólną temperaturę o 4,5 stopnia by mieć nową epokę lodowcową. A co jeśli temperatura się zwiększy o 4.5 stopnia? No dość powiedzieć, że przydadzą się wam pontony, lub poduszkowce (my w Bydgoszczy prawie byśmy mieli zabezpieczenie na taką ewentualność).

Jedziemy dalej, bo na tym niestety nie kończą się wybryki tego ciołka. Jednym z nich było proponowanie cięć budżetu NASA (które i tak w tamtym czasie ledwo przędło) a drugim, i nie wiem czy uwierzycie ale Ted Cruz podczas komisji poświęconej zagrożeniom uderzeniami w Ziemię przez obiekty pochodzenia kosmicznego (asteroidy i inne tego typu badziewia) zasugerował by może przesłuchać Bruce'a Willisa jako speca w tym temacie. Ja mam inną propozycję - może lepiej byłoby przesłuchać Jacka Nicholsona pod kątem chorób psychicznych i pobytu w wariatkowie bo trzymam kciuki, że senator Cruz w końcu tam wyląduje.

Zastanawiam się jak można być tak głupim. Jedyna odpowiedź jaka przychodzi mi do głowy, to to że podniesienie się poziomu oceanów i zatopienie nadbrzeżnych rejonów to jakaś forma jego diabolicznego planu w stylu Lexa Luthora. Tak czy inaczej. Ktoś powinien powstrzymać tego idotę!

czwartek, 8 stycznia 2015

Atak Kultury: "Hobbit - Bitwa Pięciu Armii"

Nadszedł ten smutny czas gdy kolejna wielka przygoda dobiegła końca, gdy bohaterowie, których zdążyliśmy polubić (i co roku zapominać ich imiona - pozdro dla Krasnoludów) dotarli do kresu swej epickiej podróży, gdy szefowie studia filmowego kupili ostatnią ciężarówkę, która pomieści ich zarobki i gdy my - kinomani nie mamy czego już wyczekiwać na Grudzień (to oczywiście kłamstwo - będą Gwiezdne Wojny, cawabunga!). Tak jest moi drodzy - kończy się trylogia Hobbita i mam wam jedno do powiedzenia: NARESZCIE! Ale zanim przejdę do malutkich narzekań pierw chciałbym napisać co sądzę o samym filmie.

Jak nazywamy orków grających na instrumentach? ORKiestra.
Krasnoludy zdobyły Erebor budząc przy tym smoka, który w ramach rozprostowania skrzydeł ruszył spalić miasto Dal. Wieści o zdobyciu góry i jej nieprzebranych bogactw rozprzestrzeniły się szybciej niż wiadomości o Karpiu w Lidlu i w rezultacie otrzymaliśmy całkiem podobne sceny - każdy upomina się o jakąś jego część i dochodzi do walk. Nie ukrywajmy jednak, że fabularnie stoimy w miejscu - dosłownie i w przenośni. Wszystkie zaskoczenia i zwroty akcji zaserwowane zostały w poprzedniej części, a całość (no dobra - 90%) historii przedstawionej w Bitwie Pięciu Armii skupia się na Samotnej Górze. Nie ma w tym za wiele historii ale może to i dobrze? Dzięki temu film trwa jakieś 2 godziny 20 minut co jest najkrótszym czasem ze wszystkich części zarówno Władcy jak i Hobbita. Oczywiście nie martwcie się bo już zapowiedziano ekskluzywną wersję na DVD z dodatkowymi 30 minutami filmu (co pozwoli załatać ziejące dziury fabularne, jak np. armię, która wyparowała w powietrzu).

Całość jak już zdążyliście się domyślić obraca się dookoła bitwy, która muszę przyznać została potraktowana po macoszemu. Jakoś tak brakuje mi w niej pieprznięcia - czegoś co wstrząsnęło by nami jako widzami. Jest dobrze wyreżyserowana, dobrze przedstawiona ale jakoś nie wybija się ponad np. sceny w Helmowym Jarze (ciary na myśl o tej scenie!). Jest... dobrze, ale bez rewelacji i zbytniego dramatyzmu. Żal jest mi natomiast samych krasnoludów, którzy najbardziej cierpią na mnogości wątków (dodam, że część z nich niepozamykana totalnie na koniec) - tak barwnej ekipy dawno nie było i aż zatęskniłem za sceną z pierwszego Hobbita gdy dzielni mali wojacy przychodzą na imprezę u Bilba. Biedny Bombur został tutaj sprowadzony do roli pierwszoplanowego statysty - ma stać i wyglądać grubo bo nawet nie wypowiada ani jednego słowa. Na plus za to wyszły sceny ze Smaugiem - muszę przyznać, że dokładnie tak sobie wyobrażałem pożogę sianą przez skrzydlate monstrum. Do zalet też chciałbym zaliczyć sceny, w których poszczególni bohaterowie walczą przeciwko swoim nemezis - są o wiele ciekawsze od ogólnej rozwałki dziejącej się gdzieś w tle (a i tradycyjnie Legolas ma okazję zakpić z grawitacji). Kolejny plus za końcówkę - nie udało się wycisnąć ze mnie łezki ale i tak się wzruszyłem.

Hobbit Bitwa Pięciu Armii jest filmem dobrym. Na pewno lepszym niż druga część (która była nudna i długa) i jednocześnie gorszym niż pierwsza (bo za mało się skupia na istotnych bohaterach). Każdy fan Tolkiena będzie zadowolony, a tych którzy i tak nie lubią ani Władcy Pierścieni ani Hobbita nie przekona.

Chciałem teraz poruszyć inną kwestię - dawno nie widziałem tak wymuszonej i nastawionej na zysk produkcji. Tak naprawdę nie byłem kompletnie zainteresowany Bitwą Pięciu Armii - nie sprawdzałem zwiastunów, nie śledziłem muzyki, nic (mówię to z perspektywy kogoś kto ma 20cm figurkę Golluma na półce). Poszedłem na nią głównie po to by mieć to z głowy. Zostałem pozytywnie zaskoczony - film okazał się dobry. Ale później naszła mnie refleksja - tak sztucznego podziału na więcej części nie widziałem od dawna (no może i był jakiś czas temu jeden czy drugi a całkiem niedawno trzeci). Mam wrażenie jakby ludzie, którzy wyłożyli kilka ciężarówek mamony na ten film wymusili wręcz powstanie trylogii a nie dylogii jak to było planowane na początku. Zastanawiałem się jakim cudem ekipa co zrobiła Władcę mogła stracić tą magię i urok - teraz już wiem: bo natchnienia do zrobienia czegoś ponadczasowego nie da się kupić. Można mieć umiejętności - wtedy powstaje dobra, rzemieślnicza robota (Hobbit), ale gdy połączy się umiejętności z natchnieniem powstaje coś świetnego (Władca Pierścieni). Przez jakiś czas martwiłem się, że skoro Hobbita przerobili na tyle części to z Silmarilionu zrobią 6 sezonowy serial. Na szczęście po tym jak wyglądał Hobbit zarówno Peter Jackson jak i potomkowie Tolkiena stwierdzili, że więcej Śródziemia nie ujrzymy na ekranach kin (ale i to pewnie tylko przez chwilę - odpowiednia kasa skusi każdego).

niedziela, 4 stycznia 2015

Trzy kinowe premiery w 2015, które zgwałcą Ci dzieciństwo!

Nowy rok, nowe zapowiedzi, stare problemy. Sequelioza jak toczyła Fabrykę Marzeń tak toczy ją w najlepsze. Zanim przejdę do meritum tej notki chciałbym wam uzmysłowić do jakiego stopnia w Hollywood kończą się pomysły. Wiedzieliście na ten przykład, że premierę w tym roku będzie miał 6ty film z serii Paranormal Activity? Albo 7 część Szybkich i Wściekłych? Tak naginają fizykę w tych filmach, że nie zdziwię się gdy zobaczymy w najnowszej części latające samochody (w końcu miały być w 2015 jak to nam obiecał Powrót do Przyszłości 2). No ale jedziemy dalej: Mission Impossible V. Nawet nie wiedziałem, że jest w produkcji, choć muszę przyznać, że IV część była niczego sobie! O, sequelioza nie ogranicza się mimo wszystko do Hollywoodu - wystarczy wspomnieć, że robią drugą część "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka". Albo trzecią część "Uprowadzonej", o której powiedział główny aktor, że jeśli w niej uprowadzą jego córkę jeszcze raz to będzie znaczyło, że jego postać jest fatalnym ojcem. Jest też zapowiedziana 4 część Alvina i Wiewiórek. Serio... kto to ogląda? Ze średnią ocen z trzech filmów na poziomie 20% na Rottenie zastanawiam się kto daje na takie rzeczy pieniądze? Ale odbiegam trochę od tematu. W tym roku premierę będą miały 3 filmy, będące oczywiście sequelami/remake'ami, które wezmą waszą nostalgię i nabiją ją na pal (i to od tej tępej strony!)

Film #1 Jurrasic World.

 Okej, ludzie, którzy wpadli na pomysł (w filmie oczywiście) otworzenia nowego Parku Jurajskiego muszą być największymi idiotami na świecie. Tym bardziej, że z niewiadomych przyczyn wzięli i stworzyli hybrydę, dinozaura-mutanta. Po co? Czy wcześniejsze były za mało mądre/zabójcze? Nie wystarczyło dać tyranozaurowi dłuższych łapek? Nie wspominam, że wataha oswojonych raptorów to jak cios w twarz dla każdego fana. Jak można z głównych złych, najstraszniejszych bestii do mordowania z poprzednich filmów zrobić potulne i posłuszne zwierzaczki? To tak jakby znaleźć sobie przyjacielskiego Obcego i razem spróbować odstawić go do domu. Podoba mi się natomiast pomysł by otworzyć w końcu Park, zaludnić go turystami i wypuścić na nich dinozaury. Coś jakby maskotki w Disneylandzie nagle zaczęły pożerać ludzi. Ekstra! Ogólnie to boję się tego filmu, że będzie kiepski, że będzie miał kiepskie efekty specjalne, że nie będzie miał tego samego klimatu. A bardzo chciałbym żeby się udał.

Film #2 Terminator Genisys


Lubię pierwsze trzy Terminatory i toleruję czwartego. Ale robienie kolejnej części, która jest po trochu sequelem a trochę rebootem nie ma dla mnie większego sensu. Przez te ciągłe podróże w czasie w całej serii narobiło się tyle dziur fabularnych, że grożą zapadnięciem się w jedną superdziurę. Chociaż może to by było i lepiej bo byłoby gdzie umieścić tą część. Początek zwiastunu jest spoko - "trzymamy się kontinuum, wysyłamy kolesia w przeszłość jak było mówione i robione w poprzednich częściach". A potem wszystko idzie się walić. Schwarzenegger jako opiekun-terminator? Czemu jest podstarzały skoro jest robotem? Kolejny płynny Terminator-przeciwnik? Czy Skynet się nie uczy na błędach? Poza tym - hej patrzcie kolejny nowy aktor w roli Johna Connora i jakże podobny do poprzedników! I na koniec - dlaczego w tym gra Emilia Clarke? Rani tym moje serduszko!

Film #3 Mad Max: Fury Road


Ustalmy jedno - to nie jest zwiastun dobrego filmu. Nie wiem czemu ale jest bardzo... słaby. Nic w nim nie gra jak powinno. Główny bohater ma na gębie cały czas maskę i w ogóle go nie widać a sceny wypadków żywcem wzięte z Szybkich i Wściekłych. Nie wystarczy dać pustyni, szalonych mord i kolczastych samochodów by zrobić kolejną część Mad Maxa. Za dużo w tym rozwałki i tanich efektów - to tornado/burza na koniec to jakaś pomyłka. Dodatkowo mam wrażenie, że przez cały film Max będzie popierdzielał z maską ala Lecter. To wszystko ma posmak "Wodnego Świata" - czyli kwaśny, słaby i zgniły. Słucham? Będzie w 3D? To ja podziękuję.

Na dziś to tyle. Pewnie się dziwicie czemu nie ma na liście nowych Gwiezdnych Wojen? Cóż... w tym wypadku jestem optymistą i wiem, że J.J. Abrams tego nie sknoci. Jeśli chodzi o powyższe filmy to chciałbym się mylić. Bardzo.

niedziela, 21 grudnia 2014

Zagubieni Kosmonauci.

Ostatnimi czasy dokonały się niesamowite postępy w podróżach kosmicznych. Europejska Agencja Kosmiczna wylądowała sondą na komecie (koniecznie zobaczcie serię ultra-słodkich animacji o lądowaniu), NASA wysłała swojego Oriona na wysoką orbitę, powstała firma Planetary Resources, która będzie zajmowała się kosmicznym górnictwem a do tego wszystkiego Elon Musk planuje posłać ludzi na Marsa i w ogóle jest super gościem. Oczywiście towarzyszą temu, jak każdemu ważnemu przedsięwzięciu, różne porażki. Np gdy Antares postanowił urządzić spontaniczny pokaz fajerwerków albo gdy SpaceshipTwo postanowił się usamodzielnić za szybko. Te i inne porażki tak naprawdę sprawiły, że zastanowiłem się nad jednym: jak to możliwe, że w ciągu 10 lat od założenia NASA była w stanie posłać człowieka na księżyc a po Apollo 17 potrzebowała 42 lat by wysłać ludzki obiekt na wysoką orbitę? Odpowiedź jest zaskakująco prosta (jeśli wierzyć doniesieniom dwóch Włoskich braci): bo się nikt nie cackał z astronautami. Poniżej chciałbym przedstawić teorię spiskową pt. Zagubieni Kosmonauci. Jeśli myślicie, że Sandra w Grawitacji miała ciężko to poczytajcie dalej!

Dwójka włoskich braci (nazwijmy ich Mario i Luigi) korzystając ze swojej stacji nasłuchowej na początku lat 60tych namierzyła kilka ciekawych i zarazem przerażających sygnałów pochodzących z kosmosu. Pamiętajcie, że to były czasy zimnej wojny i ważniejsze od środków było osiągnięcie celu. Na początku Związek Radziecki osiągnął przewagę - ich Gagarin był pierwszym człowiekiem na orbicie. Przynajmniej pierwszym który wrócił żywy, jeśli wierzyć braciom Mario i Luigi.

Jednym z pierwszych sygnałów, które odebrali było słabnące wołanie SOS pochodzące z orbity. Zupełnie jak sygnał kogoś oddalającego się od Ziemi. W tym samym roku natrafili również na sygnał schodzącego z kursu statku kosmicznego z ludźmi na pokładzie. Jaki był jego los? Nie wiadomo. Następny rok - 1961 przyniósł jeszcze więcej prawdopodobnych wypadków. Wyobrażacie sobie jakie to musi być przerażające przeżycie słuchać ostatnich oddechów duszącej się w kosmosie osoby? Kompletnie zdanej tylko i wyłącznie na siebie, samotnej wobec bezwzględnej pustki i chłodu kosmosu? Według braci Mario taka sytuacja miała miejsce w Lutym 1961. W tym samym roku ponoć kolejne dwa statki kosmiczne zeszły z kursu prosto w pustkę. Gdy wchodzi się z powrotem w atmosferę Ziemi trzeba to zrobić pod odpowiednim kątem. Inaczej, jak w 1962, statek może się odbić od niej na skutek tarcia i poszybować w kosmos by zostać okrytym całunem mroku i chłodu. Ale nie tylko chłód jest zagrożeniem podczas podróży w przestrzeń. Przekonała się o tym pewna astronautka w 1963 roku. Jej ostatnimi słowami były "jest strasznie gorąco", gdy jej nawalający statek płonął podczas wejścia w atmosferę.

Czy na orbicie znajdują się wyschnięte zwłoki nieszczęśników, którzy zginęli w służbie Mateczce Rosiji? Oczywiście to tylko teoria spiskowa i nikt nas nie zmusza by w nią wierzyć. Przecież Związek Radziecki nigdy w życiu nic by nie zatuszował prawda? W całej swojej historii nie mieli kompletnie nic do ukrycia! Ale odłóżmy szyderę na chwilę na bok. Dlaczego postanowiłem to poruszyć? Otóż z jednej prostej przyczyny: im częściej będziemy spoglądali w przestrzeń i im częściej będziemy tam latali, tym częściej będą tam ginęli ludzie. To statystycznie pewne. Nie ma bardziej nieprzyjaznego człowiekowi środowiska więc musimy się na to przygotować psychicznie - my jako obserwatorzy. Bo astronauci są tego kompletnie świadomi, co czyni z nich jeszcze większych twardzieli. Wiedzieć co się może spotkać w wyniku porażki a mimo to nadal się tam pchać? To wymaga olbrzymich jaj!

niedziela, 14 grudnia 2014

Atak Kultury: Recenzja filmu "John Wick".

Ahhh... lata 80te i 90te. Czasy Smerfnych Hitów, beznadziejnych fryzur i kultowych filmowych twardzieli. Montana, Rambo, McCleane, T-800, Riggs, Robocop, te wszystkie nazwy i nazwiska znane są każdemu miłośnikowi dobrych filmów akcji. To były piękne czasy choćby ze względu, że nikt się nie przejmował jakimiś cholernymi ograniczeniami wiekowymi. Strzelamy ze strzelby? Sruuu nie masz kończyny! Nie to co w dzisiejszych czasach gdy w trosce o dobrą oglądalność daje się filmom akcji kategorię PG-13, gdzie strzelaniny wyglądają jak w najgorszych spaghetti westernach. Pytacie dlaczego o tym piszę? Bo całkiem niedawno wszedł do kin film "John Wick", który za punkt honoru wziął sobie zrobić odniesienia do właśnie takich filmów. Jak mu to wyszło? Zapraszam do recenzji to się przekonacie!

"Say hello to my little yippie-ki-yay punk!"
 




















Film skupia się na postaci Johna, który, gdy go poznajemy, przechodzi przez bardzo ciężki okres. Jak to często bywa, w przypadku kogoś kto siedzi w dołku, przychodzi życie i podaje mu łopatę każąc kopać głębiej. W tym wypadku zamieńmy łopatę na bejsbol, życie na rosyjskich kiziorów a uzyskacie przybliżony obraz sytuacji. Jednakże rosyjskie łamignaty popełnili jeden błąd - zabili pieska Johna. Ten, nie mając już nic do stracenia postanawia dotrzeć do głównego sprawcy i umieścić odrobinkę ołowiu pomiędzy jego oczami. Rusza więc na miasto szukając zemsty na oprawcach.

To co mi się podobało to wykreowany świat. Mamy tutaj rosyjską mafię, płatnych zabójców i ich kodeksy (ogromny plus ode mnie za postać Charliego). Niby wszystko już było ale w kinach od tak dawna nie gościł dobry film oparty o te schematy, że wydają się świeże. John jest specem od walki wręcz (preferując Judo - Paweł Nastula byłby dumny) oraz niesamowicie skutecznym strzelcem. Sceny strzelanin i walk są zrealizowane tak jak lubię - jest krwiście, jest z pomysłem i jest kinetycznie (czuć wagę i siłę strzałów i ciosów). Keanu Reeves jako John doskonale się odnajduje w swojej roli, jest chłodny i zdeterminowany, dokładnie taki jaki powinien być płatny zabójca z jasno określonym celem i niczym do stracenia.

Wszystko byłoby dobrze gdyby nie jedna rzecz, która dość mocno wpłynęła na mój odbiór tego filmu. Mianowicie twórcy "Johna Wicka" zbyt mocno starają się odnieść do filmów lat 80tych i 90tych. Zwykłe mrugnięcie okiem by wystarczyło ale nie dla nich widocznie. Twórcy jednocześnie mrugają okiem, robiąc pajacyki, wołając przez megafon i puszczając flarę - "widziałeś to? Na pewno? Słuchaj bo my tutaj robimy odniesienie! Ale na serio wyłapałeś to?" zdają się mówić. Trochę to jak dla mnie zbyt nachalne i wymuszone. One linery oczywiście są ale też wydają się mi jakieś takie suche.

Ogólnie jest to film dobry. Nie powala fabularnie ale za to czadersko się strzelają. Myślę, że jako odskocznia od filmów, które biorą się zdecydowanie zbyt na poważnie "John Wick" jest dobrym wyjściem. Komu by się spodobał? Wyposzczonym fanom filmów akcji. Wiedziałem czego się spodziewać i dokładnie to dostałem. Nic więcej, nic mniej.

Moja ocena: 6,5

niedziela, 7 grudnia 2014

Powrót do życia i od razu challenge.

Witajcie po krótkiej przerwie! Po szybkim skoku w bok w postaci innego bloga zdecydowałem się wrócić do korzeni - do Subiektywniaka. Niczym Darth Vader przekraczający rzekę Delaware w 1776 roku tak i ja pojawiam się ponownie by wziąć niczego nie spodziewających się czytelników z zaskoczenia (jak wiadomo Vader przekroczył rzekę by zaatakować podłych Brytyjskich najeźdźców).
Jak mój powrót ma się do treści i przedmiotu tego bloga pytacie? Będzie tak jak ostatnio: dużo o tym co (trochę mniej o tym kto) mnie dotyka. Postanowiłem, że nie będę się ograniczał jedynie do świata kina (jak było w przypadku mojego haniebnego skoku w bok) i wrócę do trochę szerszej perspektywy. Będzie również o muzyce i książkach, pojawią się komentarze odnośnie bieżących wydarzeń, dorzucę też trochę o najnowszych odkryciach naukowych. Chcę stworzyć coś w stylu kultury w pigułce. Chcę byście wzięli czerwoną pigułkę (do łykania niebieskiej jeszcze trochę czasu) i się obudzili by doświadczać rzeczywistość w pełni.

Niektórzy z was pewnie się zastanawiają co sprawiło,  że wróciłem do blogowania? Otóż myślę, że po trosze ambicja by stworzyć miejsce wymiany myśli, wolne od jakichkolwiek restrykcji i obostrzeń. Swoją rolę odegrała też chęć dzielenia się z odrobinę szerszym gronem swoimi przemyśleniami i przeżyciami. Jest też wyzwanie, które zostało mi rzucone przez dwie urocze dziewczyny. W ramach auto motywacji i wzajemnego zachęcania do pisania postanowiliśmy urządzić sobie małego challenge'a: przez 40 tygodni będziemy wrzucać minimum jedną notkę na około 300 słów. Osoba, której się nie uda będzie musiała wpłacić na wspólny fundusz określoną kwotę. Wygrywa ten blog, który pod koniec 40 tygodni będzie miał jak najmniej opuszczonych tygodni.

Blogi dziewczyn to:
Patrycja - Dla mnie a nie dla was, oraz
Angelika - Forget me not.

To by było na tyle. Pozostaje mi życzyć czytelnikom miłego czytania, dziewczynom powodzenia a sam udam się poćwiczyć techniki nurkowania w stosie pieniędzy.


czwartek, 5 lipca 2012

Atak kultury: recenzja filmu „Niesamowity Spider-Man”.


Oto mamy za sobą drugą z Pięciu Subiektywnie Wielkich Premier tego lata (z „Avengersami” jako pierwszą i z „Prometeuszem”, „Batmanem” i „Meridą Waleczną” jako następnymi). Szczerze mówiąc, na początku podchodziłem do tego projektu sceptycznie, wszak jest to reset wypuszczanej w latach 2002, 2004 i 2007 serii filmów o łażącym po ścianach człowieku w trykocie. Trochę mnie dziwił i niepokoił fakt, że robią remake po tak krótkim czasie, ale kolejne udostępniane informacje łagodziły moje obawy. Nowy reżyser, nowa para głównych aktorów, nowy przeciwnik, przeniesienie opowieści do czasów licealnych i spory nacisk na rozwój psychiczny bohaterów rozbudziły moje zainteresowanie. Jesteście ciekawi jak to wyszło? Zapraszam do dalszej lektury mojej recenzji!

 
Zawsze się zastanawiałem: czego on się chwyta na tej wysokości?

















Fabuła ukazuje nam losy niejakiego Petera Parkera (w tej roli całkiem niezły Andrew Garfield), zwykłego, niczym nie wyróżniającego się chłopaka podkochującego się w szkolnej koleżance Gwen Stacy (ahhh… Emma Stone), który stara się po prostu ogarnąć codzienność. Oczywiście nie będzie mu to dane, bowiem kiedy znajduje teczkę należącą do jego zaginionego ojca jego życie nabiera tempa (a także kolorów, choć głównie niebieskiego i czerwonego). Parkerowi, na drodze do obcisłych rajtuzów, przyjdzie się zetknąć z niejakim Dr Curtem Connorsem, byłym współpracownikiem jego ojca i zarazem pracownikiem korporacji Oscorp (oczywiście ten też ma swoje alter ego).

Wiecie jaki jest największy problem z fabułą? Pierwsza jej część, a więc „Droga do Spandeksu” jak ja ją nazywam, jest strasznie przegadana i ciągnie się jak roztopiony ser na pizzy. W szczególności dialogi między Peterem a Gwen (ahhh…Emma Stone) bardzo się przeciągają. Ich pierwsze kontakty cechuje niezręczność, wyrażona głównie rozbieganymi spojrzeniami i niekontrolowaniem ust przez co gadają w urywany, pozbawiony składni sposób. Do tego dochodzi podpatrzony u konkurencji (tzn. u Krzyśka Nolana i jego Batmanów) psychologiczny rys postaci i rozbudowane przedstawienie jak doszło do tego, że Parker stał się Spider-Manem. To znaczy, tak to miało wyglądać ale nie do końca chyba wyszło. Zgadzam się, że film wydaje się trochę mroczniejszy niż poprzednia seria, ale rysu psychologicznego tu jak na lekarstwo. Ot każda z postaci powie coś ważnego w postaci jakiegoś chwytliwego hasełka. Fabuła oferuje również kilka ciekawych sytuacji (aczkolwiek zaspojlerowanych w trailerach) i trochę za dużo jak na mój gust uproszczeń i niekonsekwencji. Ogólnie przez pierwszą połowę filmu czuć lekki powiew nudy.

Dla równowagi dodam co mi się podobało… choć i tutaj pojawią się pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim, esencja Spider-Mana – bujanie się na linach. Sceny kiedy Spidey śmiga pomiędzy budynkami obfitują w dynamiczne i pomysłoweujęcia i ogólnie cieszą buzię. Szkoda tylko, że jest ich tak mało (ale przyczyna tego jest oczywista – on się dopiero uczy). Walki też są ładnie zrobione i mam wrażenie, że ruchy obecnego Spider-Mana są bardziej „pająkowate” niż ruchy jego poprzednika. Do tego dochodzi gadka-szmatka, którą Parker częstuje swoich przeciwników podczas starć. Są to lekkie, odrobinę pyszałkowate zaczepki słowne, wierne duchowi komiksowej wersji, lecz problem jest taki, że nagle zanikają; Parker po prostu przestaje docinać innym. Humor też jest obecny i do tego niewymuszony co jak dla mnie jest wielką zaletą. Osobiście czułem, że każdemu z tych elementów można by spokojnie poświęcić trochę więcej czasu, kosztem początkowych sekwencji.

Osobny akapit pragnę poświęcić efektowi 3D. Zwiastuny obiecywały ukazanie akcji (łażenia po ścianach i śmigania na pajęczynach) z oczu głównego bohatera i zachęcony tym postanowiłem pójść na wersję 3D – a nóż będą fajnie pokazane? Otóż nie moi drodzy. „Niesamowity Spider-Man” dołącza do grona filmów służących za przykład jak nie robić filmów 3D. Sekwencje z oczu były niezłe, ale bez 3D byłyby identyczne! Poza tym, takich prawdziwych efektów trójwymiaru naliczyłem 3. W filmie, gdzie trójwymiar mógłby zostać użyty do pokazania zawrotnych wysokości i bliskości budynków podczas bujania się na pajęczynie twórcy użyli go by pokazać jak Spidey strzela siecią w twarz widzom (i to na 3 sekundy przed końcem filmu).  Zostawiam to bez dalszego komentarza.
 
Oddajmy głos Rogerowi Ebertowi – krytykowi filmowemu.












Podsumowując: nad filmem unosi się zapaszek nudy. Rozłażące się dialogi w połączeniu z kilkoma dziurami fabularnymi sprawiają, że nasze żuchwy mogą zacząć rozwierać się samoczynnie. Do tego film niestety nie wywołał u mnie żadnych emocji – nie potrafił szarpnąć ani za strunę z napisem „smutno” ani za tą z napisem „ekscytacja”, a wiecie, że u mnie wywołać te emocje nie jest trudno. Dlatego uważam, że ten film jest po prostu „do obejrzenia” i poniekąd cieszę się, że Spider-Man nie został zaproszony do Avengersów.

Moja ocena: 6,5/10

Ps. Miało być 6/10 ale dodałem pół oczka do oceny za genialną scenę z udziałem Stana Lee.