niedziela, 21 grudnia 2014

Zagubieni Kosmonauci.

Ostatnimi czasy dokonały się niesamowite postępy w podróżach kosmicznych. Europejska Agencja Kosmiczna wylądowała sondą na komecie (koniecznie zobaczcie serię ultra-słodkich animacji o lądowaniu), NASA wysłała swojego Oriona na wysoką orbitę, powstała firma Planetary Resources, która będzie zajmowała się kosmicznym górnictwem a do tego wszystkiego Elon Musk planuje posłać ludzi na Marsa i w ogóle jest super gościem. Oczywiście towarzyszą temu, jak każdemu ważnemu przedsięwzięciu, różne porażki. Np gdy Antares postanowił urządzić spontaniczny pokaz fajerwerków albo gdy SpaceshipTwo postanowił się usamodzielnić za szybko. Te i inne porażki tak naprawdę sprawiły, że zastanowiłem się nad jednym: jak to możliwe, że w ciągu 10 lat od założenia NASA była w stanie posłać człowieka na księżyc a po Apollo 17 potrzebowała 42 lat by wysłać ludzki obiekt na wysoką orbitę? Odpowiedź jest zaskakująco prosta (jeśli wierzyć doniesieniom dwóch Włoskich braci): bo się nikt nie cackał z astronautami. Poniżej chciałbym przedstawić teorię spiskową pt. Zagubieni Kosmonauci. Jeśli myślicie, że Sandra w Grawitacji miała ciężko to poczytajcie dalej!

Dwójka włoskich braci (nazwijmy ich Mario i Luigi) korzystając ze swojej stacji nasłuchowej na początku lat 60tych namierzyła kilka ciekawych i zarazem przerażających sygnałów pochodzących z kosmosu. Pamiętajcie, że to były czasy zimnej wojny i ważniejsze od środków było osiągnięcie celu. Na początku Związek Radziecki osiągnął przewagę - ich Gagarin był pierwszym człowiekiem na orbicie. Przynajmniej pierwszym który wrócił żywy, jeśli wierzyć braciom Mario i Luigi.

Jednym z pierwszych sygnałów, które odebrali było słabnące wołanie SOS pochodzące z orbity. Zupełnie jak sygnał kogoś oddalającego się od Ziemi. W tym samym roku natrafili również na sygnał schodzącego z kursu statku kosmicznego z ludźmi na pokładzie. Jaki był jego los? Nie wiadomo. Następny rok - 1961 przyniósł jeszcze więcej prawdopodobnych wypadków. Wyobrażacie sobie jakie to musi być przerażające przeżycie słuchać ostatnich oddechów duszącej się w kosmosie osoby? Kompletnie zdanej tylko i wyłącznie na siebie, samotnej wobec bezwzględnej pustki i chłodu kosmosu? Według braci Mario taka sytuacja miała miejsce w Lutym 1961. W tym samym roku ponoć kolejne dwa statki kosmiczne zeszły z kursu prosto w pustkę. Gdy wchodzi się z powrotem w atmosferę Ziemi trzeba to zrobić pod odpowiednim kątem. Inaczej, jak w 1962, statek może się odbić od niej na skutek tarcia i poszybować w kosmos by zostać okrytym całunem mroku i chłodu. Ale nie tylko chłód jest zagrożeniem podczas podróży w przestrzeń. Przekonała się o tym pewna astronautka w 1963 roku. Jej ostatnimi słowami były "jest strasznie gorąco", gdy jej nawalający statek płonął podczas wejścia w atmosferę.

Czy na orbicie znajdują się wyschnięte zwłoki nieszczęśników, którzy zginęli w służbie Mateczce Rosiji? Oczywiście to tylko teoria spiskowa i nikt nas nie zmusza by w nią wierzyć. Przecież Związek Radziecki nigdy w życiu nic by nie zatuszował prawda? W całej swojej historii nie mieli kompletnie nic do ukrycia! Ale odłóżmy szyderę na chwilę na bok. Dlaczego postanowiłem to poruszyć? Otóż z jednej prostej przyczyny: im częściej będziemy spoglądali w przestrzeń i im częściej będziemy tam latali, tym częściej będą tam ginęli ludzie. To statystycznie pewne. Nie ma bardziej nieprzyjaznego człowiekowi środowiska więc musimy się na to przygotować psychicznie - my jako obserwatorzy. Bo astronauci są tego kompletnie świadomi, co czyni z nich jeszcze większych twardzieli. Wiedzieć co się może spotkać w wyniku porażki a mimo to nadal się tam pchać? To wymaga olbrzymich jaj!

niedziela, 14 grudnia 2014

Atak Kultury: Recenzja filmu "John Wick".

Ahhh... lata 80te i 90te. Czasy Smerfnych Hitów, beznadziejnych fryzur i kultowych filmowych twardzieli. Montana, Rambo, McCleane, T-800, Riggs, Robocop, te wszystkie nazwy i nazwiska znane są każdemu miłośnikowi dobrych filmów akcji. To były piękne czasy choćby ze względu, że nikt się nie przejmował jakimiś cholernymi ograniczeniami wiekowymi. Strzelamy ze strzelby? Sruuu nie masz kończyny! Nie to co w dzisiejszych czasach gdy w trosce o dobrą oglądalność daje się filmom akcji kategorię PG-13, gdzie strzelaniny wyglądają jak w najgorszych spaghetti westernach. Pytacie dlaczego o tym piszę? Bo całkiem niedawno wszedł do kin film "John Wick", który za punkt honoru wziął sobie zrobić odniesienia do właśnie takich filmów. Jak mu to wyszło? Zapraszam do recenzji to się przekonacie!

"Say hello to my little yippie-ki-yay punk!"
 




















Film skupia się na postaci Johna, który, gdy go poznajemy, przechodzi przez bardzo ciężki okres. Jak to często bywa, w przypadku kogoś kto siedzi w dołku, przychodzi życie i podaje mu łopatę każąc kopać głębiej. W tym wypadku zamieńmy łopatę na bejsbol, życie na rosyjskich kiziorów a uzyskacie przybliżony obraz sytuacji. Jednakże rosyjskie łamignaty popełnili jeden błąd - zabili pieska Johna. Ten, nie mając już nic do stracenia postanawia dotrzeć do głównego sprawcy i umieścić odrobinkę ołowiu pomiędzy jego oczami. Rusza więc na miasto szukając zemsty na oprawcach.

To co mi się podobało to wykreowany świat. Mamy tutaj rosyjską mafię, płatnych zabójców i ich kodeksy (ogromny plus ode mnie za postać Charliego). Niby wszystko już było ale w kinach od tak dawna nie gościł dobry film oparty o te schematy, że wydają się świeże. John jest specem od walki wręcz (preferując Judo - Paweł Nastula byłby dumny) oraz niesamowicie skutecznym strzelcem. Sceny strzelanin i walk są zrealizowane tak jak lubię - jest krwiście, jest z pomysłem i jest kinetycznie (czuć wagę i siłę strzałów i ciosów). Keanu Reeves jako John doskonale się odnajduje w swojej roli, jest chłodny i zdeterminowany, dokładnie taki jaki powinien być płatny zabójca z jasno określonym celem i niczym do stracenia.

Wszystko byłoby dobrze gdyby nie jedna rzecz, która dość mocno wpłynęła na mój odbiór tego filmu. Mianowicie twórcy "Johna Wicka" zbyt mocno starają się odnieść do filmów lat 80tych i 90tych. Zwykłe mrugnięcie okiem by wystarczyło ale nie dla nich widocznie. Twórcy jednocześnie mrugają okiem, robiąc pajacyki, wołając przez megafon i puszczając flarę - "widziałeś to? Na pewno? Słuchaj bo my tutaj robimy odniesienie! Ale na serio wyłapałeś to?" zdają się mówić. Trochę to jak dla mnie zbyt nachalne i wymuszone. One linery oczywiście są ale też wydają się mi jakieś takie suche.

Ogólnie jest to film dobry. Nie powala fabularnie ale za to czadersko się strzelają. Myślę, że jako odskocznia od filmów, które biorą się zdecydowanie zbyt na poważnie "John Wick" jest dobrym wyjściem. Komu by się spodobał? Wyposzczonym fanom filmów akcji. Wiedziałem czego się spodziewać i dokładnie to dostałem. Nic więcej, nic mniej.

Moja ocena: 6,5

niedziela, 7 grudnia 2014

Powrót do życia i od razu challenge.

Witajcie po krótkiej przerwie! Po szybkim skoku w bok w postaci innego bloga zdecydowałem się wrócić do korzeni - do Subiektywniaka. Niczym Darth Vader przekraczający rzekę Delaware w 1776 roku tak i ja pojawiam się ponownie by wziąć niczego nie spodziewających się czytelników z zaskoczenia (jak wiadomo Vader przekroczył rzekę by zaatakować podłych Brytyjskich najeźdźców).
Jak mój powrót ma się do treści i przedmiotu tego bloga pytacie? Będzie tak jak ostatnio: dużo o tym co (trochę mniej o tym kto) mnie dotyka. Postanowiłem, że nie będę się ograniczał jedynie do świata kina (jak było w przypadku mojego haniebnego skoku w bok) i wrócę do trochę szerszej perspektywy. Będzie również o muzyce i książkach, pojawią się komentarze odnośnie bieżących wydarzeń, dorzucę też trochę o najnowszych odkryciach naukowych. Chcę stworzyć coś w stylu kultury w pigułce. Chcę byście wzięli czerwoną pigułkę (do łykania niebieskiej jeszcze trochę czasu) i się obudzili by doświadczać rzeczywistość w pełni.

Niektórzy z was pewnie się zastanawiają co sprawiło,  że wróciłem do blogowania? Otóż myślę, że po trosze ambicja by stworzyć miejsce wymiany myśli, wolne od jakichkolwiek restrykcji i obostrzeń. Swoją rolę odegrała też chęć dzielenia się z odrobinę szerszym gronem swoimi przemyśleniami i przeżyciami. Jest też wyzwanie, które zostało mi rzucone przez dwie urocze dziewczyny. W ramach auto motywacji i wzajemnego zachęcania do pisania postanowiliśmy urządzić sobie małego challenge'a: przez 40 tygodni będziemy wrzucać minimum jedną notkę na około 300 słów. Osoba, której się nie uda będzie musiała wpłacić na wspólny fundusz określoną kwotę. Wygrywa ten blog, który pod koniec 40 tygodni będzie miał jak najmniej opuszczonych tygodni.

Blogi dziewczyn to:
Patrycja - Dla mnie a nie dla was, oraz
Angelika - Forget me not.

To by było na tyle. Pozostaje mi życzyć czytelnikom miłego czytania, dziewczynom powodzenia a sam udam się poćwiczyć techniki nurkowania w stosie pieniędzy.


czwartek, 5 lipca 2012

Atak kultury: recenzja filmu „Niesamowity Spider-Man”.


Oto mamy za sobą drugą z Pięciu Subiektywnie Wielkich Premier tego lata (z „Avengersami” jako pierwszą i z „Prometeuszem”, „Batmanem” i „Meridą Waleczną” jako następnymi). Szczerze mówiąc, na początku podchodziłem do tego projektu sceptycznie, wszak jest to reset wypuszczanej w latach 2002, 2004 i 2007 serii filmów o łażącym po ścianach człowieku w trykocie. Trochę mnie dziwił i niepokoił fakt, że robią remake po tak krótkim czasie, ale kolejne udostępniane informacje łagodziły moje obawy. Nowy reżyser, nowa para głównych aktorów, nowy przeciwnik, przeniesienie opowieści do czasów licealnych i spory nacisk na rozwój psychiczny bohaterów rozbudziły moje zainteresowanie. Jesteście ciekawi jak to wyszło? Zapraszam do dalszej lektury mojej recenzji!

 
Zawsze się zastanawiałem: czego on się chwyta na tej wysokości?

















Fabuła ukazuje nam losy niejakiego Petera Parkera (w tej roli całkiem niezły Andrew Garfield), zwykłego, niczym nie wyróżniającego się chłopaka podkochującego się w szkolnej koleżance Gwen Stacy (ahhh… Emma Stone), który stara się po prostu ogarnąć codzienność. Oczywiście nie będzie mu to dane, bowiem kiedy znajduje teczkę należącą do jego zaginionego ojca jego życie nabiera tempa (a także kolorów, choć głównie niebieskiego i czerwonego). Parkerowi, na drodze do obcisłych rajtuzów, przyjdzie się zetknąć z niejakim Dr Curtem Connorsem, byłym współpracownikiem jego ojca i zarazem pracownikiem korporacji Oscorp (oczywiście ten też ma swoje alter ego).

Wiecie jaki jest największy problem z fabułą? Pierwsza jej część, a więc „Droga do Spandeksu” jak ja ją nazywam, jest strasznie przegadana i ciągnie się jak roztopiony ser na pizzy. W szczególności dialogi między Peterem a Gwen (ahhh…Emma Stone) bardzo się przeciągają. Ich pierwsze kontakty cechuje niezręczność, wyrażona głównie rozbieganymi spojrzeniami i niekontrolowaniem ust przez co gadają w urywany, pozbawiony składni sposób. Do tego dochodzi podpatrzony u konkurencji (tzn. u Krzyśka Nolana i jego Batmanów) psychologiczny rys postaci i rozbudowane przedstawienie jak doszło do tego, że Parker stał się Spider-Manem. To znaczy, tak to miało wyglądać ale nie do końca chyba wyszło. Zgadzam się, że film wydaje się trochę mroczniejszy niż poprzednia seria, ale rysu psychologicznego tu jak na lekarstwo. Ot każda z postaci powie coś ważnego w postaci jakiegoś chwytliwego hasełka. Fabuła oferuje również kilka ciekawych sytuacji (aczkolwiek zaspojlerowanych w trailerach) i trochę za dużo jak na mój gust uproszczeń i niekonsekwencji. Ogólnie przez pierwszą połowę filmu czuć lekki powiew nudy.

Dla równowagi dodam co mi się podobało… choć i tutaj pojawią się pewne zastrzeżenia. Przede wszystkim, esencja Spider-Mana – bujanie się na linach. Sceny kiedy Spidey śmiga pomiędzy budynkami obfitują w dynamiczne i pomysłoweujęcia i ogólnie cieszą buzię. Szkoda tylko, że jest ich tak mało (ale przyczyna tego jest oczywista – on się dopiero uczy). Walki też są ładnie zrobione i mam wrażenie, że ruchy obecnego Spider-Mana są bardziej „pająkowate” niż ruchy jego poprzednika. Do tego dochodzi gadka-szmatka, którą Parker częstuje swoich przeciwników podczas starć. Są to lekkie, odrobinę pyszałkowate zaczepki słowne, wierne duchowi komiksowej wersji, lecz problem jest taki, że nagle zanikają; Parker po prostu przestaje docinać innym. Humor też jest obecny i do tego niewymuszony co jak dla mnie jest wielką zaletą. Osobiście czułem, że każdemu z tych elementów można by spokojnie poświęcić trochę więcej czasu, kosztem początkowych sekwencji.

Osobny akapit pragnę poświęcić efektowi 3D. Zwiastuny obiecywały ukazanie akcji (łażenia po ścianach i śmigania na pajęczynach) z oczu głównego bohatera i zachęcony tym postanowiłem pójść na wersję 3D – a nóż będą fajnie pokazane? Otóż nie moi drodzy. „Niesamowity Spider-Man” dołącza do grona filmów służących za przykład jak nie robić filmów 3D. Sekwencje z oczu były niezłe, ale bez 3D byłyby identyczne! Poza tym, takich prawdziwych efektów trójwymiaru naliczyłem 3. W filmie, gdzie trójwymiar mógłby zostać użyty do pokazania zawrotnych wysokości i bliskości budynków podczas bujania się na pajęczynie twórcy użyli go by pokazać jak Spidey strzela siecią w twarz widzom (i to na 3 sekundy przed końcem filmu).  Zostawiam to bez dalszego komentarza.
 
Oddajmy głos Rogerowi Ebertowi – krytykowi filmowemu.












Podsumowując: nad filmem unosi się zapaszek nudy. Rozłażące się dialogi w połączeniu z kilkoma dziurami fabularnymi sprawiają, że nasze żuchwy mogą zacząć rozwierać się samoczynnie. Do tego film niestety nie wywołał u mnie żadnych emocji – nie potrafił szarpnąć ani za strunę z napisem „smutno” ani za tą z napisem „ekscytacja”, a wiecie, że u mnie wywołać te emocje nie jest trudno. Dlatego uważam, że ten film jest po prostu „do obejrzenia” i poniekąd cieszę się, że Spider-Man nie został zaproszony do Avengersów.

Moja ocena: 6,5/10

Ps. Miało być 6/10 ale dodałem pół oczka do oceny za genialną scenę z udziałem Stana Lee.

środa, 25 kwietnia 2012

Atak kultury: recenzja filmu „Nietykalni”.


Standardowa recepta na amerykańską komedię jest taka: bierzemy głównego bohatera, dajemy mu ciapowatego pomagiera i wrzucamy go do środowiska zupełnie innego od tego w którym na co dzień egzystuje. Taki zabieg gwarantuje masę okazji do przedstawienia humoru zarówno sytuacyjnego jak i słownego (chyba, że mówimy tu o polskiej komedii: wtedy wystarczy dać Szyca, cycki i żarty o dymaniu). Z podobnego założenia wychodzą „Nietykalni”, ale jako że jest to film francuski to robią to trochę inaczej (bez skojarzeń proszę).  Żeby się dowiedzieć co odróżnia ten film od reszty komedii zapraszam do dalszej lektury.

 

Przynajmniej w kategorii krzykliwych plakatów nie odstaje od reszty.












W „Nietykalnych” przyglądamy się historii Drissa (Omar Sy), czarnoskórego złodziejaszka mieszkającego w blokowisku w szemranej okolicy, który przypadkiem zostaje zatrudniony w roli pielęgniarza u sparaliżowanego milionera Phillippe’a (Francois Cluzet). Ich wspólna znajomość, przeradzająca się szybko (jak nietrudno się domyślić) w przyjaźń jest głównym tematem filmu. To tylko tyle i aż tyle. Sam film bowiem nie przedstawia nam starcia dwóch różnych warstw społecznych, nie podejmuje dialogu o problemach mniejszości narodowych we Francji, ani nie ukazuje dogłębnej psychiki osoby sparaliżowanej. To, co w innych filmach by było tematem przewodnim, tutaj jest tylko punktem wyjścia. Nikt tu nie chodzi i nie biadoli jakie to ciężkie jest życie osób sparaliżowanych. „Nietykalni” są zupełnie o czym innym. I całe szczęście.

Jest to film o afirmacji życia. O poszukiwaniu i czerpaniu radości z każdej nadarzającej się okazji i chwili. Jeśli miałbym „Nietykalnych” określić jednym wyrazem byłoby to słowo „ciepły”. Pomiędzy kolejnymi wybuchami śmiechu widz siedzi i się uśmiecha. Tak po prostu, sam do siebie. Oczywiście pojawiają się momenty wzruszające, na których co wrażliwsi uronią łezkę, ale wystarczy zobaczyć rozpromienioną buźkę Drissa by uśmiech ponownie zagościł na naszych twarzach. Ten koleś jest niesamowity. Jego rezolutność, pogodność i teksty jakimi sypie sprawiają, że zarażamy się jego dobrym humorem szybciej niż Europejczycy dżumą. Dawno żaden film nie wywołał u mnie takich emocji i za sam ten fakt jestem wdzięczny.

Poczucie humoru w „Nietykalnych” nie obraża inteligencji widza i ujmuje swoją naturalnością. Ta nie nachalność i spontaniczność jest wypadkową dwóch składników: genialnego Omara Sy i świetnych dialogów. Driss w wykonaniu tego komika rozkłada na łopatki swoją bezkompromisowością, a dialogi skrzą się od uszczypliwych i zabawnych komentarzy wymienianych przez duet Sy-Cluzet. Do tego wszystkiego dochodzi świetnie dobrana muzyka.

Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem tego filmu. W (przyznajmy sobie szczerze) skostniały schemat reżyserom udało się wprowadzić na tyle świeżości, że film bez problemu uwodzi widza i zabiera w podróż, podczas której uśmiech na naszej twarzy znika tylko dlatego, że zastępuje go głośny śmiech. Polecam z całego serca.

Moja ocena: 9/10

piątek, 20 kwietnia 2012

Zagadki wszechświata: krótka pamięć.

Wyobraźcie sobie taką scenę: wstajecie od komputera zostawiając niedokończoną lekturę nowej notki Subiektywniaka, po czym raźnym krokiem idziecie do lodówki po coś strasznie pysznego i zazwyczaj kompletnie niezdrowego (nie pytajcie co ja tam przechowuję). Otwieracie więc ten najważniejszy element wyposażenia każdego mieszkania i nagle okazuje się, że wlepiacie ślepia w otwartą lodówkę nie wiedząc co w ogóle robicie w kuchni. W tym momencie pada odwieczne pytanie: „ale czego to ja szukałem?” Brzmi znajomo? Oczywiście, że tak. Każdy z nas doświadczył na własnej skórze czegoś takiego. Te problemy z pamięcią krótkotrwałą dotykają każdego z nas i do niedawna ich natura pozostawała kompletną zagadką.

Istnieje przeświadczenie, że większość naukowców poświęca swój czas i nieswoje fundusze na poszukiwanie odpowiedzi na pytania, których każdy normalny człowiek by nigdy nie zadał. Bo kto przy zdrowych zmysłach badałby jak wygląda przebieg choróbwenerycznych i kanibalizm u biedronek, czy jaki zasięg ma kupkający pingwin? No ale przyznać trzeba, że czasem naukowcom zdarzy się (gdy już się oderwą od pingwinich kuprów) zbadać coś istotnego – tak też jest w tym przypadku. Otóż odkryli oni, że to nie wczesne stadium alzheimera, czy krótki czas koncentracji uwagi.

 
Ani anulowanie zadania przez kogoś kto Tobą steruje.













Winę za to ponoszą drzwi i różne wejścia. Serio! Jest taki koleś o tenisowo brzmiącym nazwisku: Gabriel Radvansky, który przeprowadził serię doświadczeń i oto do czego doszedł. Według naszej pamięci pomieszczenia działają na takiej samej zasadzie co kilka twardych dysków podłączonych do jednego komputera. Pomysł, który narodził się w jednym z pomieszczeń i jest w nim łatwo dostępny, staje się praktycznie nieosiągalny po wejściu do innego pomieszczenia. Nasz mózg odbiera sygnał, że znalazł się w nowym otoczeniu i uznaje, że to co się działo w poprzednim jest nieważne (ale do pewnego stopnia oczywiście. Jeśli macie w pokoju inwazję koto-żernych kosmitów raczej o tym nie zapomnicie po przejściu przez drzwi.)

Pan Radvansky przeprowadził swoje testy na grupie studentów (pewnie z jedzeniem jako wynagrodzeniem). W jednym z pokojów umieścił pudełko zawierające jakieś proste obiekty w stylu czerwonych kostek albo niebieskich kulek, po czym kazał studentom przejść taki sam dystans raz przekraczając próg drzwi a raz nie. Wydaje się durne co? Cóż… nie dla naszego profesorka! Wyniki były tak zaskakujące, że sam fakt przejścia przez drzwi nazwał „anulatorem zdarzenia”. Efekt jest tak silny, że ten sam eksperyment powtórzony w środowisku komputerowym, gdzie wygłodniały ochotnik miał przejść jakąś postacią przez drzwi przyniósł takie same rezultaty!

 
O hej! Znamy się?












Czy kiedykolwiek ktoś wynajdzie lekarstwo na tą wstydliwą przypadłość? Czy też skazani jesteśmy na zalew niezręcznych sytuacji? Otóż moi drodzy… lekarstwo jest proste! Wystarczy wypowiedzieć na głos po co i gdzie się idzie. To działa. Sąsiedzi się pewnie zastanawiają czemu ciągle na głos oświadczam, że idę siku.

wtorek, 24 stycznia 2012

Najwięksi twardziele w historii - zestawienie subiektywne.

Wydaje mi się, że lubimy przyglądać się ludziom, którzy dokonują naprawdę niesamowitych czynów. Dlatego też z zapartym tchem oglądamy gdy sportowcy przełamują kolejne granice wytrzymałości ludzkiego organizmu, lub gdy osoby postawione w ekstremalnych sytuacjach zmieniają się w prawdziwych supermenów. Ludziom  (i Pandom) imponują tacy właśnie mocarze, którzy wbrew przeciwnościom losu wychodzą cało z największych opresji i robią to kopiąc po drodze tuziny dup i nie oglądając się na eksplozje. Pomyślałem sobie zatem, że czemu by nie wspomnieć tutaj o kilku takich osobach? Dlatego też, w poszukiwaniu tych mocarzy zajrzałem do Internetu. Szybko odkryłem, że największa ilość takich herosów pojawia się na wojnach. Przypadek? Nie sądzę… w końcu to jedna z najcięższych sytuacji, w których może się znaleźć człowiek. Zatem do dzieła: oto moje subiektywne zestawienie największych wojennych mocarzy.

Twardziel #1: Major Brian Chontosh.
Mamy tu do czynienia z bohaterem wojny w Iraku. Wyobraźcie sobie: jedziecie swoim Hummerem (który jest sam w sobie niezłym twardzielem) w kolumnie pojazdów, gdy nagle wpadacie w zasadzkę. Zablokowani w wąskiej uliczce między czołgami z przodu a innymi pojazdami z tyłu dostajecie się pod ogień krzyżowy z karabinów, moździerzy i wyrzutni granatów. Co zrobił w takiej sytuacji Major Chontosh? Pewnie westchnął ze znużeniem i wzruszył ramionami, po czym nakazał kierowcy jego Hummera by skręcił i ruszył prosto na okopanych talibów. Po uciszeniu (co tłumaczy się jako: rozpiżdżeniu w drobny mak) stanowiska karabinu, dziarscy chłopcy wbili się swoim 2,5 tonowym pojazdem do okopu wroga. Nasz wojak następnie wysiadł z samochodu i zaczął strzelać.

 
 

Na zdjęciu: przybliżona ilość wystrzelonych pocisków.


















Pierw z własnego karabinu, potem z pistoletu podręcznego, nieprzerwanie kładł wrogich żołnierzy do piachu. Gdy usłyszał głuche „klik – klik” jego magazynka, Chontosh nonszalancko podniósł walającego się na ziemi kałacha i zaczął dalej siać masakrę. Kolejny pusty magazynek zmusił go by poszukał KOLEJNEGO! kałasznikowa. Wszystko fajnie ale w jego stronę zmierzała grupka przeciwników, którzy chcieli się dobrać do jego pogańskiej dupy. Niezrażony tym faktem Brian podniósł granatnik i rozwalił wszystkich nacierających przeciwników. Najs. Ogółem zabił 20 ludzi, a ranił jeszcze więcej. Kurde, przypadek pana Majora dowodzi dwóch rzeczy: gry komputerowe nie kłamią – zawsze znajdzie się załadowana broń upuszczona przez przeciwnika i źli kolesie za nic nie potrafią strzelać.


Twardziel #2: Jack Churchill.
Ten koleś był szalony. Tak szalony, że dostał ksywkę Szalony Jack. Był Szkotem (co trochę wyjaśnia ten fragment o byciu szalonym), który uwielbiał surfować, grać na dudach i wbijać swój prawie półtorametrowy miecz w czaszki przeciwników. Najciekawsze jest to, że Szalony Jack działał podczas Drugiej Wojny Światowej. No wiecie, tej wojny podczas której zaczęto na masową skalę używać czołgów, karabinów maszynowych, samolotów, ogromnych dział itp. Wstąpił do komandosów bo (jak twierdzi Wiki) „odpowiadała mu ich wysoce niebezpieczna służba”. Jedną z przypisywanych mu zasług jest wzięcie do niewoli 42 niemieckich żołnierzy wraz z obsługą moździerza. Oczywiście dokonał tego tylko za pomocą miecza! Rany… gdybym zobaczył jakiegoś ogromnego Szkota wymachującego ogromnym mieczem lądującego w moim okopie i rozrzucającego na wszystkie strony kawałki moich kolegów poddałbym się zanim wypowiedzielibyście słowo „Gestapo” na głos. 

  

Kto pierwszy ten szlachtuje Niemców!












Podczas innej z akcji Churchill prowadził do ataku oddział komandosów przez zasieki i pole minowe. Po ciężkim ostrzale komandosi zostali zredukowani do sześciu rannych osób i Churchilla. To nie trwało długo, ponieważ celny ostrzał z moździerza zmniejszył liczbę żywych do jednego: Szalonego Jacka. Gdy odnaleźli go Niemcy, Churchill spokojnie sobie siedział i grał na dudach. Po złapaniu i wysłaniu do obozu koncentracyjnego Jack stwierdził, że mu się tam nie podoba i wyszedł. Niemcy pochwycili go znowu i umieścili go w nowym obozie, z którego Jack… znowu uciekł. Przeszedł 150 mil, żywiąc się tylko puszką zardzewiałych cebulek (a może na odwrót?), zanim odnaleźli go Amerykanie. Niestety dla niego, wojna zdążyła już się skończyć i jedyne co mógł zrobić to wrócić do Szkocji mrucząc pod nosem: „Gdyby nie ci przeklęci Jankesi moglibyśmy pociągnąć tę wojnę przez następne dziesięć lat”. Mówiłem, że był szalony.

Twardziel #3: Eric Nicolson.
Znowu II WŚ. Jednakże tym razem mamy do czynienia z pilotem, który „walkę do ostatniego tchu” rozumiał bardzo dosłownie. Podczas rutynowego patrolu jego eskadra natknęła się na 3 bombowce wroga – łatwy cel. Nagle znikąd pojawił się niemiecki myśliwiec dziurawiąc samolot Erica Nicolsona celnym ostrzałem. I teraz uwaga. Nicolson oberwał otarcie w czoło i postrzał w stopę. Zalewająca mu oczy krew nie przeszkodziła w zauważeniu jednego, dosyć ważnego szczegółu: jego kokpit się palił. Jak każdy rozsądny człowiek, Eric zaczął się gramolić w stronę wyjścia (czytaj: na tył kokpitu skąd bezpiecznie można wyskoczyć). Gdy zauważył samolot, który odważył się do niego strzelać pan Nicolson się nie wahał: wrócił do palącego się kokpitu by zestrzelić drania. Chciałbym nadmienić, że szkło na wszystkich instrumentach w samolocie pod wpływem niesamowitego ciepła postanowiło zamienić się w popcorn i strzelać odłamkami w naszego dziarskiego pilota. Podsumowując: postrzelony w stopę, oślepiony przez krew i w płonącym samolocie Nicolson postanowił dać (nomen omen) popalić jego prześladowcy.

 


Spoko. Wyklepie się.













Wierzcie lub nie, ale udało mu się to. Rozwalił dziada, posłał go na dno kanału La Manche po czym wyskoczył z samolotu. To jeszcze nie koniec. Gościu był w takim szoku, że przypomniał sobie o otwarciu spadochronu dopiero 5,000 stóp niżej. Po wylądowaniu, ciężko poparzony pilot zauważył, że z dziur na sznurówki jego lewego buta tryska wesoło krew. Nie zapominajmy, że szkło na jego zegarku się stopiło (szybki fakt: szkło topi się w temperaturze 1500 °C).

Twardziel #4: Yogendra Singh Yadav
Dobra ten koleś był ultra twardzielem. Podczas wojny Indii z Pakistanem w 1999 roku jego oddział miał wspiąć się na Tygrysie Wzgórze by rozwalić tam trzy bunkry. Przez „wzgórze” rozumiem tutaj 30 metrową, pionową ścianę lodu, na którą Yadav wchodził jako pierwszy. W połowie drogi zaczął się ostrzał z karabinów i wyrzutni rakiet. Połowa oddziału zginęła a sam Yadav oberwał 3 razy, ale nie przestał się wspinać. Uparty gnojek. Gdy w końcu mu się udało dotrzeć na szczyt, jeden z bunkrów otworzył do niego ogień. Yadav niczym Neo z Matrixa, unikając kul biegł PROSTO na karabin, po czym wrzucił do środka granat, zabijając wszystkich siedzących wewnątrz. Yogendra rozejrzał się myśląc „co by tu porobić”, gdy ujrzał następny bunkier. Rzucił się w jego stronę, tym razem nie unikając kul lecz przyjmując je na klatę.


 

Wizja artysty.




















Wpadł do środka i zamordował całą czteroosobową obsługę gołymi rękoma. Dopiero w tym momencie reszta oddziału Yogendry dołączyła do walki i już praktycznie bez problemów zdobyli ostatni bunkier (wszyscy w środku zajęci byli robieniem pod siebie ze strachu). Wynik całej akcji? Jakieś 15 postrzałów, złamana noga i pęknięta ręka (mordowanie 4 uzbrojonych kolesi może mieć taki efekt). Aha… wspomniałem, że miał wtedy 19 lat?

To by było na tyle. Ciekawe czy któraś z moich czytelniczek wytrzymała aż do tego punktu? Znacie może podobne historie? Pytanie czy to są jeszcze ludzie czy może coś więcej? Chcielibyście więcej podobnych zestawień? Dajcie znać!